sobota, 19 sierpnia 2017

Mydlnica lekarska i jej saponiny

Higiena w terenie to ważna rzecz, szczególnie kiedy przebywamy w lesie kilka lub kilkanaście dni. Ciało kiedy jest czyste lepiej oddycha, człowiek czuje się bardziej komfortowo, efektywniej wypoczywamy i śpimy. Brudne ręce zawsze można wyczyścić piaskiem, ale co z resztą? Co jeśli będziemy chcieli wyprać bieliznę i skarpety, ale nie mamy ze sobą domowego mydła? Można użyć zwykłej wody albo skorzystać z tego co oferuje nam natura.

Mydlnica lekarska (Saponaria officinalis) - roślina z rodziny goździkowatych, choć na taką nie wygląda. Występuje pospolicie na terenie całego kraju na terenach piaszczystych, ruderalnych, często można ją spotkać na brzegach jeziora lub rzeki więc przyjemne z pożytecznym. Kwitnie od czerwca do września, jednak wcześniej możemy wykorzystywać same liście lub korzeń, który zawiera najwięcej saponin. Kwiaty przeważnie są różowe, biało-różowe, rzadko białe o łagodnym zapachu.



Mydlnica posiada właściwości myjące i pieniące, dzięki zawartym saponinom w liściach i w korzeniu. Wystarczy zerwać liście, rozetrzeć je w rękach i połączyć z wodą. Zauważymy dużo piany, tak jakbyśmy korzystali ze zwykłego mydła. Po kąpieli w jeziorze z użytkiem mydlnicy człowiek jest rześki i pachnący, od razu lepiej. O wiele lepszy skutek przyniesie też pranie z dodatkiem mydlnicy niż samo wypłukanie w wodzie.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wiata na drewno

Zdarza się, że wielu z nas ma w swojej okolicy miejsce, które często odwiedza. Mam i ja takie miejsce, w którym swego czasu zrobiłem małe obozowisko. Ławeczka do siedzenia, klimatyczny konar i palenisko obłożone kamieniami. Wokół zawsze też jest nazbierane trochę drewna na ognisko.

Stara, zniszczona wiata
Kilka razy idąc na ognisko po większym deszczu, musiałem rozłupywać grubsze kawałki, żeby dostać się do suchego drewna, po czym strugać wióry, żeby uzyskać suchą rozpałkę. Jest to czasochłonne, kiedy na chwilę, na wieczór idę posiedzieć, zrobić coś przy ogniu. Pomyślałem sobie, że warto zbudować małą wiatę o strukturze szałasu, pod którym będę trzymał różnej wielkości patyki na rozpałkę i opał tak, aby inne wilgotne drewno zajęło się. Wiata po niespełna roku czasu rozpadła się.

Odbudowana

Obecnie poprawiłem i wsparłem konstrukcję. Ułożyłem poprzeczne patyki, na który rzuciłem chrust świerkowy, całość zakryłem kawałkami kory i suchymi liśćmi. Wszystko to przykryłem patykami tak, aby silny wiatr nie zwiał liści. Drewno ułożone jest nad ziemią na konstrukcji z kilku grubszych gałęzi. Dodatkowo wiata jest zrobiona pomiędzy dwoma drzewami, co również zabezpiecza przed ewentualnym deszczem.



Kiedy budujemy szałas, w którym nocujemy warto przeznaczyć trochę miejsca na suche drewno. Jeśli często nocujemy w takim miejscu, drewno można chować po prostu w szałasie i też nie zamoknie.


poniedziałek, 31 lipca 2017

121 pieszo dookoła Polski

121 Dzień, przystanek Przejazdowo
To właśnie z tego przystanku 4 miesiące temu zaczęliśmy naszą wędrówkę...
121 dni marszu, ponad 3500 km pieszo dookoła Polski. Najpierw wzdłuż granicy Rosji, Litwy, Białorusi, Ukrainy, po czym Słowacja - Beskidy, Tatry, Czechy - Sudety i Karkonosze; dalej wzdłuż Niemiec a na końcu wybrzeże Bałtyku... Ale od początku...

Finał

Początek plażą
Pierwotnie naszą trasę zaczęliśmy z Bieszczad 7 marca, jednak po pięciu dniach brodzenia w śniegu po kolana wróciliśmy do domów, przemyśliwając sytuację. W sumie już w górach podjęliśmy decyzję, że skoro wracamy to za dwa dni trzeba ruszyć z innego miejsca wzdłuż innej granicy. Padło na okolice Gdańska w kierunku wschodnim. Musieliśmy wybrać północ Polski, akurat jak dotrzemy ponownie w Bieszczady to śnieg stopnieje, kolejną niewiadomą były Tatry.


Gdzieś przy kamieniołomie
Podmokła Puszcza Romincka
16 marca zaczęliśmy nasz marsz, najpierw Mierzeją Wiślaną po czym omijając Zalew zaczęliśmy z Fromborku granicę z Rosją, gdzie od razu zaczęły się pierwsze kontrole straży granicznej. Ta granica zdecydowanie była najnudniejsza z wyjątkiem Puszczy Rominckiej. Dużo nadłożyliśmy tutaj kilometrów, bo ciężko było iść równo, w miarę wzdłuż granicy. Kolejna granica z Litwą, gdzie kilka dni mamy spokój z kontrolami straży.



Sasanka w Puszczy Augustowskiej
Dzielimy sobie każdy odcinek trasy na granicę wzdłuż której idziemy. Przeszliśmy przez Puszcze Augustowską, gdzie odwiedziliśmy kolejny trójstyk granic, po czym zaczęliśmy iść wzdłuż Białorusi. Przy tej granicy jest najdalej wysunięty punkt Polski na wschód. Nasza droga przebiega w większości przez asfaltowe, kamieniste, żwirowe, piaszczyste, polne i leśne podłoże, jednak byliśmy na to przygotowani. Odwiedziliśmy na trasie Białowieski Park Narodowy.


Bug

Puszcza Białowieska

Bieszczady, w drodze na Przełęcz Bukowską
Po 31 dniach dotarliśmy na trójstyk granic z Ukrainą i Białorusią przy Bugu. Granica z Ukrainą była naszą ostatnią, po czym miał się zacząć zupełnie nowy etap wędrówki czyli Góry. Momentami, tam gdzie się da idziemy wzdłuż rzeki, w większości jednak najbliższymi drogami. Kilka dni później docieramy do miejsca, gdzie Bug wypływa z Ukrainy, to też był jeden z naszych punktów kontrolnych. Za Przemyślem zaczęło się Pogórze Przemyskie, dokładnie Kalwaria Pacławska zapoczątkowała etap górski.

Krzemieniec
Dalej zaczęły się już znane tereny czyli Bieszczady i kolejny punkt do zaliczenia czyli źródła Sanu. Tym sposobem skończyły się notoryczne kontrole straży granicznej, z naszych obliczeń wyszło, że mieliśmy łącznie około 120 kontroli, na co straciliśmy około półtorej dnia
.





Na Krzemieniec - trójstyk granicy z Ukrainą i Słowacją dotarliśmy po 49 dniach. Udało się i prawie cały śnieg na granicznym szlaku stopniał, bo około 300 metrów szliśmy po zalegających, ubitych płatach śniegu. Dzień później z Roztok Górnych zjeżdżamy do Bacówki pod Honem w Cisnej, gdzie zaplanowaliśmy naszą drugą przerwę na regenerację i odpoczynek. Niesamowite jakie uczucie towarzyszy człowiekowi, kiedy po 50 dniach marszu zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy nawet w połowie naszej trasy a zaczynamy góry czyli najbardziej wymagający odcinek. Zdecydowanie przygraniczne tereny Bieszczad i Beskidu Niskiego były najbardziej dzikie na całej naszej trasie - w ciągu 4 dni marszu spotkaliśmy tylko dwóch ludzi.

Tatry w kierunku Wołowca
W Tatry dotarliśmy późnym wieczorem 14 maja, gdzieś w Tatrach wypadał nasz półmetek wędrówki. Planowo tak mniej więcej zakładaliśmy. Tutaj również mieliśmy szczęście, bo od 15 maja otwierane są zimowe szlaki, które szybko są wydeptywane. W ostatnim czasie stopniało też dużo śniegu, co umożliwiło nam drogę granią, czerwonym szlakiem. Odpuściliśmy Rysy, tam potrzebne było doświadczenie, raki i czekany, warunki były nie najlepsze. Kolejne pasmo to Beskid Żywiecki i słynna Babia Góra. Tego dnia było słonecznie i dosyć parno, z daleka było widać jak nad Babią wisi chmura. Na szczycie gęsta mgła i silny wiatr który prawie nami przewracał.


Wiatr, Babia Góra
Skończyliśmy Słowacką granicę i przy trójstyku z Czechami rozpoczęliśmy najdłuższy odcinek graniczny 796 km. Już mamy prościej bo możemy bez problemu przechodzić przez granicę i wyznaczać nasz własny szlak. Za krótkim Beskidem Śląskim upuszczamy Beskidy i na kilka dni schodzimy z gór, do czasu aż zaczną się Sudety, które są o wiele mniej wymagające. Czerwiec zaczynają się pierwsze dni z ostrym, letnim słońcem. Po przejściu przez Góry Opawskie dużo jest odcinków kiedy idziemy po równym terenie. Zdecydowanie bardziej dzikie tereny przy granicy z Czechami to Kotlina Kłodzka, Masyw Śnieżnika, gdzie mieliśmy największą ulewę i burzę na trasie.

Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych
Kolejne z ciekawszych miejsc to Park Narodowy Gór Stołowych, po czym przeszliśmy w Karkonosze. Jeśli chodzi o góry, to zdecydowanie najwięcej ludzi było w Karkonoszach, tym bardziej że trafiliśmy jakiś długi weekend. Po przejściu kolejnego pasma górskiego zostało kilka dni po równym terenie do trójstyku granicy z Niemcami. Dotarliśmy tam po 95 dniach marszu. Nie będą nam się już śniły po nocach biało-czerwone betonowe słupki graniczne z Czechami i Słowacją. Już praktycznie wiemy, że się uda. Przyśpieszamy nieco tempo marszu, robimy więcej kilometrów w ciągu dnia.

Nocleg nad Odrą
Maszerujemy najbliższymi drogami wzdłuż Nysy Łużyckiej przez Bory Dolnośląskie, Krajobrazowy Park Łuk Mużakowa, aż docieramy do miejsca gdzie Nysa wpływa do Odry. Dwa dni szliśmy po niemieckiej stronie ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. Zobaczyliśmy też ujście Warty, zdobyliśmy kolejny najdalej wysunięty punkt Polski na zachód. Zaczęliśmy się zbliżać do Bałtyku coraz bliżej. Pocisnęliśmy więc około 47 kilometrów w stronę Nowego Warpna, gdzie kolejnego dnia chcieliśmy przeprawić się przez Zalew Szczeciński. Wiał wiatr, mało kto wypływał na drugą stronę zalewu, więc okazji nie złapaliśmy. Dogadaliśmy się ze Zbyszkiem, który swoim małym jachtem przeprawił nas na drugą stronę. Półtorej godziny płynęliśmy na bujających falach. Tutaj emocje były większe jak podczas niedźwiedzi w Bieszczadach. W Świnoujściu podeszliśmy pod granicę polsko-niemiecką, robiąc pamiątkowe zdjęcie przy obelisku.

Woliński Park Narodowy, klify
Zachodzące słońce
Wybrzeże - ostatni odcinek, nawet nie wiemy ile nam dokładnie kilometrów zostało, ale z każdym krokiem coraz mniej. Wyspa Wolin i Woliński Park Narodowy, tutaj można zobaczyć największe klify z plażą, gdzie leżą ogromne kamienie. W Międzywodziu musieliśmy zrobić dzień przerwy, nadwyrężyłem śródstopie z powodu tak długiego marszu bez podeszwy w bucie. Następnego dnia jest lepiej, jednak wiem że do końca sytuacja się nie poprawi. Idziemy plażą po ubitym piasku, lasem albo ścieżką rowerową. Omijamy wszystkie kanały rzeczne i porty.

Obumarły ols na wydmach w Słowińskim Parku
W Ustce musieliśmy ominąć poligon wojskowy nadkładając kilometry po asfalcie. Myśleliśmy, że nad morzem będzie najgoręcej, jednak wcale tak nie jest. Temperatura jest idealna, do tego wieje zachodni wiatr w plecy. Nocujemy bezpośrednio na plaży lub w lesie. Ostatni na naszej trasie Słowiński Park Narodowy przechodzimy plażą, gdzie trafiamy na konkretną burzę pomiędzy Bałtykiem a jeziorem Gardno. Pozostał nam jeszcze Hel - w jedną stronę idziemy pieszo, pod kopiec Kaszubów. Jednak z powrotem, żeby nie nadkładać kilometrów wracamy busem. Czasami zdarzało nam się korzystać z autostopu, żeby podjechać do sklepu czy na nocleg, jednak zawsze wracaliśmy i kontynuowaliśmy marsz z tego samego miejsca. Do przejścia pozostało nam tylko Trójmiasto, które przeszliśmy najszybszą drogą.

15 lipca, około 21.30 dotarliśmy na przystanek Przejazdowo, skąd zaczęliśmy marsz w kierunku wyspy Sobieszewskiej a przez Mierzeję Wiślaną...

Podziękowania przede wszystkim dla Bacówka PTTK pod Honem w Cisnej za wsparcie i ogólną pomoc na szlaku podczas naszej wędrówki. Byliście od początku do końca!
 
Dziękujemy też wszystkim ludziom spotkanym, którzy nas przenocowali, pomogli, wskazali drogę drogę...
4 miesiące marszu to dobry sprawdzian dla sprzętu który się ze sobą zabrało. Zniszczyliśmy tylko buty, reszta ponownie dobrze się sprawdziła. Powstało kilka pomysłów co zmienić w swoim ekwipunku, ale to drobnostki. Przeszliśmy przez 11 województw, 10 parków narodowych. Zobaczyliśmy najdalej wysunięte punkty Polski na północ, południe, wschód i zachód. Byliśmy na wszystkich trójstykach z graniczącymi państwami. Najniższa temperatura na szlaku wyniosła -6 stopni, natomiast najwyższa około 35 stopni, w ciągu takiego dnia wypiłem 6 litrów płynów. Najwięcej w ciągu dnia przeszliśmy 47 km a najdłużej szliśmy około 13 godzin w górach. Mieliśmy każdą pogodę: konkretna burza z mniejszym lub większym deszczem albo gradem, po czym pojawiała się tęcza, kilkudniowa mgła, silny wiatr utrudniający drogę, trafiliśmy też na wiosenną śnieżycę.

Słowiński Park Narodowy
Nabyliśmy nowe, cenne doświadczenie. W międzyczasie powstało kilka nowych pomysłów na wędrówkę. Czas zregenerować się, odpocząć i ogarnąć sprzęt na kolejny szlak. To była naprawdę długa trasa pod względem czasu i kilometrów. Sukcesem długodystansowego szlaku jest odpowiednie nastawienie i odpowiednio dobrany ekwipunek na plecach... Że tak wstać jutro po prostu i nigdzie nie iść?

Zmiany, zmiany - czyli złe dobrego początki...

Na szlaku granicznym leży jeszcze sporo śniegu, w którym zapadamy się przeważnie po kolana. Towarzyszą temu setki złamanych i przewróconych drzew, które trzeba ominąć, lub jakoś się przecisnąć - rakiety śnieżne nie zdały by tutaj egzaminu. W takich warunkach wędrówka nie należy do dużej przyjemności, nie jest też możliwe wykonanie planowanego kilometrażu. Czas na przejście w plan awaryjny...

Start - Bacówka Pod Honem w Cisnej
Po 5 dniach w lesie przeszliśmy niespełna 70 km, natomiast dnia wczorajszego zeszliśmy do Jaślisk do schroniska, gdzie przenocowaliśmy. Dzisiaj wróciliśmy do domu z zamiarem rozpoczęcia trasy z nowego miejsca od nowa. Za 3 dni w czwartek zaczynamy z Gdańska w kierunku wschodnim, przez ten czas śnieg w górach stopnieje i umożliwi nam wędrówkę w ludzkim tempie...
Wrzucamy kilkanaście zdjęć i krótki opis naszej trasy....

Zasypane śniegiem betonowe słupki graniczne
Pierwszy dzień, Bacówka pod Honem, wypoczęci zjedliśmy obfite śniadanie, ustaliliśmy szczegóły i pojechaliśmy do Roztok górnych, skąd zaczęliśmy dreptać. Śnieg jest zmrożony, więc da się iść, momentami tylko się zapadamy. Mamy nadzieję, że dalej i na niższej wysokości będzie go mniej, jednak wcale na to się nie zanosi. Pogoda nam dopisuje, momentami przyświeca słońce. Dotarliśmy na Balnice, gdzie rozbiliśmy namioty, przeszliśmy 16 km.


Dzień krótki, czasu mało
Drugiego dnia pojawiają się ostrzeżenia na szlaku o niedźwiedziach - słusznie, spotkaliśmy tropy niedźwiedzi 10 razy przez kilka godzin, jednak to nic dziwnego w mniej uczęszczanych rejonach Bieszczad. Robi się mgliście, wieje wiatr, pojawiają się pierwsze oznaki wiatrów z ubiegłych tygodni... Są odcinki, gdzie przez 200 metrów nie ma śniegu, w zależności od stoku gdzie pada słońce. Warunki zimowe, próbujemy nadrobić po zmroku, jednak ilość przewróconych drzew, śnieg i mgła na to nie pozwala. Rozbijamy namioty na uboczu , jutro będziemy kontynuować. Jesteśmy w okolicy Magelin Grun.

Mroczny las
Kolejnego dnia widok o poranku całkiem zaskakujący. Nie widziałem nigdy tak zniszczonego lasu, zarówno jak nie miałem okazji iść w takich warunkach. Leszczyny i brzozy powyginane od śniegu, a jodły i świerki przewrócone od wiatru prosto na szlaku. Przeszliśmy tylko 10 km i stwierdziliśmy że zanocujemy w małym domku po słowackiej stronie tuż przed przejściem granicznym w Radoszycach.



Tutaj zapadła decyzja o powrocie i zmianie planów
Kolejny dzień, kolejne zmagania się z drzewami. Słupki graniczne w większości są zasypane śniegiem. Zastanawia nas, czy ktoś posprząta ten szlak, jak to będzie wyglądać na wiosnę? Przeszliśmy na niższe wysokości, warunki również nie są optymistyczne. Przeszliśmy przez Wielki Bukowiec i przenocowaliśmy w takim samym domku jak poprzedniego dnia. Musieliśmy jednak wcześniej odkopać drzwi od śniegu. Dzień piąty, wiatr nadal się nie uspokaja. Spotykamy ślady człowieka po rakietach śnieżnych, widać że się zapadał w śniegu. Przebrnęliśmy jeszcze kilka kilometrów i przeszliśmy rezerwat Źródliska Jasiołki.

niedziela, 5 marca 2017

Marsz dookoła Polski - 07.03.17

Zaległości na blogu co raz więcej, kiedyś to nadrobię. Tymczasem...

Wraz z moim przyjacielem Niko, idziemy pieszo dookoła Polski. Naszą przygodę zaczynamy w Bieszczadach w Bacówce Pod Honem w Cisnej, z której kierujemy się w stronę granicy. Zamierzamy najpierw przejść wszystkie pasma górskie, po czym kontynuując wzdłuż granic dotrzeć z powrotem w Bieszczady. Granica Polski łącznie wynosi 3 511 km, co daje łącznie ponad 100 dni wędrówki. Zaczynamy we wtorek.

Otworzyliśmy tutaj profil, żeby w miarę możliwości co kilka dni coś napisać i wrzucić kilka zdjęć.

Podjęliśmy wyzwanie, czy się uda? Czas zweryfikuje.

Profil FB: https://www.facebook.com/Marsz-dooko%C5%82a-Polski-343036959430558/

środa, 30 listopada 2016

21 dni w Bieszczadach - część 2

25.11.16, Wtorek. Dzisiejszego dnia pogoda typowo bieszczadzka, w wyższych partiach mgły. Nie rezygnujemy z planu z myślą, że się prze pogodzi. Idziemy na lekko, bo w schronisku zostawiamy część rzeczy. Nad Cisną przelatują klucze dzikich gęsi, niesamowite jaka mnogość kluczy tych ptaków. Przed 10.00 jesteśmy na szlaku. Nie mam szczęścia do tego odcinka, po raz trzeci towarzyszy mi przy nim taka sama pogoda, może następnym razem będzie lepiej. Wiem, że czeka nas spore podejście, w końcu jesteśmy w górach. Tutaj las utrzymuje jeszcze swoje jesienne barwy, jednak im wyżej co raz bardziej łyso w koronach drzew. Rosną tutaj potężne jodły i buki, kiedyś będę musiał pochodzić tutaj po lesie.



Kiedy dotarliśmy na górną granicę lasu wiatr zaczyna dawać o sobie znać, natomiast prawdziwy wicher zaczął się na polanach, na otwartej przestrzeni. Myślałem, że tak mocno może tylko na połoninach wiać. Warunki nie pozwalają na spokojne fotografowanie, robię tylko kilka zdjęć, kiedy nadarzy się okazja i przez chwilę zwiększy się widoczność. Szlak na tym odcinku jest zdecydowanie niedoceniany, a widokowo jest bardzo atrakcyjny, pod warunkiem że jest jakakolwiek widoczność. Momentami widać jak w dolinach świeci słońce, tutaj jednak nie ma na co liczyć.
 
Pomiędzy świerkami znajdujemy schronienie od wiatru, gdzie robimy przerwę na herbatę i szybką przegryzkę. Na szlaku spotkaliśmy tylko dwójkę turystów. Na Okrągliku jesteśmy o 13.30, większa część drogi za nami, teraz będzie już z górki. Zejście zajęło nam niecałe dwie godziny, musimy wrócić do Cisnej, przy przystanku próbujemy złapać stopa, co udaje się za pierwszym razem. Udaje nam się podjechać do Dołżycy, znów próbujemy, żeby nie dreptać po asfalcie, ponownie z pozytywnym skutkiem. W schronisku jesteśmy z powrotem przed zmrokiem, po chwili przychodzi też Artur. Od gospodarzy zostajemy poczęstowani pysznym obiadem, niepowtarzalne danie. Wieczory stają się dłuższe, a dzień coraz krótszy, wyraźnie to czuć.

26.10.16, Środa. Zapowiada się bardzo spontaniczny dzień. Chcielibyśmy się dostać do Wetliny i obrać jakiś kierunek, jednak żadne busy tam nie jeżdżą, pozostaje nam tylko próbować złapać stopa. Częstotliwość aut bardzo mała, po 40 minutach odpuszczamy i jednoznacznie stwierdzamy, żeby pójść do pobliskiego lasu jodłowego-bukowego - tak też zrobiliśmy. Mnóstwo młodników bukowych i jodłowych, widać ślady po wycince która tu kiedyś była, ale las dalej dobrze rośnie. Całkiem dużo paproci o nazwie podrzeń żebrowiec, lubi takie stanowisko.


W lesie można zauważyć ścieżki jeleni, które wybierając najprostszą drogę idą do góry po stromych zboczach. Spotkaliśmy dwóch grzybiarzy z pełnymi koszami różnych grzybów. Nam udało się znaleźć jedynie borowika, kilka podgrzybków i rydza, ale nie skupialiśmy się na tym. Nagle dotarliśmy pod wieżę przekaźnikową w lesie, ale poszliśmy stamtąd dalej. Trafiliśmy też na ogromne stanowisko salamandry plamistej, na niedużej powierzchni około 50 osobników. Takiej ilości jeszcze nie widziałem jak dotąd.

Wyszliśmy na drodze szutrowej, pomyśleliśmy żeby iść na wieżę widokową Jeleni skok, ale zostawiliśmy to na inny raz i pokierowaliśmy się w drogę powrotną. Idąc torami kolejki Niko dostrzegł jeszcze jedną salamandrę, ta wyjątkowo ładnie pozowała, prezentując się na kamieniu. Krótki dzień, ale pełen wrażeń. Jutro obieramy jako cel Bukowe Berdo.




27.10.16, Czwartek. Zapowiada się kolejny pochmurny, ale bezdeszczowy dzień. Standardowo porządne śniadanie zanim ruszymy w drogę, tym razem żur. Po spakowaniu się, idziemy się ustawić, aby złapać transport do Ustrzyk. Dzisiaj mamy szczęście, bo po kilkunastu minutach spotykamy rodzinkę, jadącą do Wetliny, specjalnie przepakowali cały bagażnik, żeby zmieścić nas w miejscach siedzących. Z Wetliny będzie prościej pomyśleliśmy i za chwilę byliśmy w Ustrzykach. Po wizycie w sklepie zagadaliśmy do miejscowych Panów z pytaniem o dolinę Terebowca. Krótko mówiąc, namówili nas na to aby tam pójść.


Kiedyś asfaltowa droga, dzisiaj cała pochłonięta przez las. Orientacja jednak jest łatwa, wystarczy trzymać się potoku. Na ścieżce odchody niedźwiedzia, który nażarł się bukwi. Czuć dzikość i przestrzeń tego miejsca, chciałoby się tutaj zostać. Po niespełna godzinie drogi widzimy pozostałość po moście, za chwile mamy dotrzeć do nieczynnego kamieniołomu. Tak też jest, nagle zza drzewa ukazuje się jego ogrom. Zatrzymujemy się i robimy przerwę na posiłek, trochę czuję się jak intruz w parku, ale w końcu nie robię nic złego.


Kierujemy się w stronę szlaku przechodząc przez strome i skaliste zbocza. Z niektórych widać Caryńską lub przełęcz Goprowską. Spotkaliśmy "rodzinkę" jeleni, mianowicie byk, łania i mały cielak. Przechodząc za kolejną skalistą górkę trafiliśmy na grotę w wychodni skalnej, która może być gawrą, bo kilka metrów obok były ślady misia. Oddaliliśmy się stamtąd, pokonując kolejny strumień i poszliśmy w górę. Jak się okazało jest mróz, zorientowaliśmy się po soplach na skałach w lesie.


Wychodząc z lasu na połoninę mróz na całego - szadź zdobi drzewa. Podoba mi się, idziemy kawałek w stronę Krzemienia, aby zdobyć trochę wysokości, rośnie tutaj olcha zielona. Zbliża się zachód słońca, ale kończy się też bateria w aparacie. Kiedy słońce zeszło do odpowiedniej wysokości oświeciło całą dolinę oraz odległą Caryńską i Rawki. To była chwila, jednak nie udało mi się tego dobrze uwiecznić. Podczas zejścia do Mucznego grupa osób pyta, czy widzieliśmy jednego kolegę od nich, niestety nie.


Zejście jest bardzo łagodne, nie sądziłem że aż tak; jest ciemno ale nie potrzebujemy jeszcze czołówek. Jest 18.00, akurat widzimy jak Pani zamyka sklep, jednak jest tutaj dzwonek więc nie ma problemu z uzupełnieniem prowiantu na dzisiejszy wieczór. Dzisiaj nocka w Dydiówce, mimo zmroku próbujemy łapać stopa - jak się okazuje zatrzymał się samochód a w nim grupa osób z którą spotkaliśmy się na górze. Co prawda w 6 osób, ale zmieściliśmy się w aucie. Po kilku minutach tylko błoto dzieliło nas od bycia w chatce.

Przynajmniej znam dobrze drogę bo parę dni temu byłem tutaj z Arturem, mam nadzieję że jest drewno które wtedy przynieśliśmy. W chatce nikogo nie ma, a drewno na szczęście jest. Obok odremontowane źródełko, więc nie ma problemu z czerpaniem obfitej ilości wody. Rozpalamy ognisko, coś zjeść po paru godzinach chodzenia. Kiełbasa z ogniska w takich warunkach pod gwieździstym niebem smakuje wyjątkowo dobrze. Wszystko wskazuje na to, że jutro będzie dobra pogoda, czas pokaże.

28.10.16, Piątek. Poranek mroźny. Cała kraina dookoła pokryta szronem, świeci ciepłe słońce, jest rześkie czyste powietrze, energia mnie rozpiera. Od razu rozpalam ognisko, wypijam herbatkę z termosu i zaczynam szusyć na słońcu śpiwór i wilgotne ubrania, buty. Chciałoby się zostać tutaj cały dzień, ale decydujemy się iść w góry, znowu Bukowe Berdo. Musi być porządny mróz, bo woda w baniakach 5l zmarzła "na kość".




Droga powrotna jest szybka, bo błoto w lesie zamarzło, po 30 minutach jesteśmy już na drodze, od razu udaje nam się zatrzymać samochód, który podrzuci nas do Mucznego, kierowca tak szybko jechał, że momentami miałem strach w oczach, ale udało się dotrzeć. Pani w kasie biletowej mówi, że znalazł się wczorajszy zagubiony turysta około drugiej w nocy, pobłądził. Łagodne podejście i po 50 minutach jesteśmy na Bukowym, wieje mocny wiatr, ale za to widoczność jest ładna, szkoda że mróz odpuścił.

Szybkim krokiem idziemy do wiaty na przełęczy goprowskiej, schronić się od wiatru, zjeść coś i napić się ciepłej herbaty. Zdecydowanie nie lubię takiego mocnego wiatru, zniechęca aby usiąść i nacieszyć się widokami, ciężko zrobić dobre zdjęcie. Jeszcze tylko schody pod Tarnicę i szybkie zejście do Wołosatego. Dzień się kończy, wszyscy powoli schodzą z gór. Przynajmniej nie będzie problemu żeby złapać jakiś transport na stopa. Znów udaje się za pierwszym razem i tak z Wołosatego do Ustrzyk, do Wetliny aż do Cisnej, gdzie jesteśmy o zmroku.

Wędzarnia przy Bacówce pod Honem
29,30.10.16, Sobota i Niedziela. Niko wraca z samego rana z racj, że jedyny Bus w stronę Sanoka jedzie o 5.54. Wstałem, żeby zobaczyć jaka pogoda będzie o poranku, jednak okazała się niezbyt zachęcająca, dlatego wróciłem zalegać do śpiwora. Fajnie nam się wspólnie wędrowało, szkoda że tak krótko, może następnym razem w zimie się uda? Postanawiam weekend spędzić w Bacówce pod Honem, odpocznę dwa dni, a później pójdę w góry - zapowiadają śnieg, na to liczę.


Oczywiście pospacerowałem po okolicznym lesie rozpoznając kolejne zakątki, znam tutejsze ścieżki jeleni, wiem którędy chodzą aby wyjść na polanę. Idąc na Hon spotkałem lisa, który szedł przez chwilę w moim kierunku, ale odbił w las i tyle go było widać. Poza tym staram się pomóc w pracach dookoła schroniska na ile możliwości pozwalają np. układam drewno na opał na zimę.




31.10.16, Poniedziałek. Patrząc przez okno, widać, że na Łopienniku całkiem zimowe warunki. Spakowałem ze sobą wszystko, myślę że będę nocował dzisiaj pod Rawkami. Pokierowałem się asfaltem w stronę Dołżycy aby stamtąd złapać okazję, jakoś tu łatwiej. Po chwili zatrzymał się samochód jadący do Smerka - super. Nie jest późno, będzie kilka godzin łażenia. Zakupiłem w sklepie kilka batonów  i o 11.00 byłem już na żółtym szlaku w kierunku Wetlińskiej. W dolinach lekko przyprószone, natomiast w górach zapowiada się całkiem śnieżnie.


Nie ma widoczności, ale już wielokrotnie przekonałem się, że warto iść, może akurat się prze pogodzi? Wielokrotnie idę tym szlakiem, znam go doskonale. Wychodząc na połoninę faktycznie warunki są zimowe, czuję się jakbym zaczynał wędrówkę od nowa, z racji czegoś nowego, innej pogody. W końcu tyle czasu czekałem na zimę, jest śniegu ponad kostki, lekki mróz i ciągle sypie.




Zakładam okulary, śnieg mnie nie razi i nie sypie mi do oczu. Na szlaku tylko kilka ludzi, większość ludzi wybiera krótką drogę do Chatki Puchatka i z powrotem. W środku robię przerwę i wypijam termos gorącej, słodkiej herbaty. Otrzepuję się ze śniegu bo jestem cały zasypany. Czeka mnie teraz szybkie zejście do Berehów. Po kilku minutach jednak przepogadza się i powoli chmury znikają, szkoda że już kawałek zszedłem - zatrzymuję się i obserwuję co się dzieje.

Wychodzi słońce a chmury ze szczytów leniwie odpuszczają, robi się prawie słonecznie. Ostatni dzień października, modrzewie wyróżniają się swoją złotą barwą pośród innych drzew. Gdy mocniej przymrozi, wtedy zgubią swoje igliwie. Do Przełęczy Wyżniańskiej mam tylko 3 km, idę asfaltem, aby na zachód słońca wdrapać się na Małą Rawkę. W drodze do góry widać jak słońce oświetla Caryńską i tworzy się ładny kontrast pomiędzy śniegiem a ciemnymi chmurami.


Całkiem mocno wieje i jest sporo śniegu. Czekam popijając herbatę co się dzieje i obserwuję. Spędziłem na szczycie 40minut, trochę zmarzłem. Nagle przyszła chmura i mgła, zrobiło się ciemno, mimo to było wcześniej kilka pięknych przebłysków w oddali.Większość ludzi tylko przechodziła, mało kto zatrzymywał się, aby podziwiać widoki. Zacząłem schodzić do schroniska, gdzie spotkałem ludzi którzy nocują pod Honem, zapytałem czy mogę się zabrać i w ten sposób niespodziewanie zjawiłem się ponownie w Cisnej.


01.11.16, Wtorek. Zima postępuje, bez wątpienia śniegu przybywa. Jak najszybciej chcę w góry. Na śniadanie gorący żurek, który da energii na kilka pierwszych godzin. Pierwotnie próbuję łapać stopa do Wetliny, ale że para która się zatrzymała jedzie aż do Wołosatego, zabieram się z nimi. Zmienię w takim razie plan i pójdę na Tarnicę a gdzie dalej - to zależy od warunków.  Na szlaku czapy śniegu spadają z drzew, jedna spadła centralnie przed moimi oczami, mam nadzieję że to nie czas na roztopy.

Wyżej oczywiście mróz i brak widoczności, na Tarnicy można powiedzieć pustki, kilka osób. Wieje delikatny wiatr, dlatego siedzę na ławeczce w oczekiwaniu na poprawę warunków. Chwilami nie ma nikogo, jestem sam, tak jeszcze chyba nie miałem w tym miejscu. Na tle krzyża robię pamiątkowe zdjęcie z ludźmi którzy mnie odwieźli.
  

Czasu jest jeszcze mnóstwo, a na zmianę warunków się nie zapowiada. Wybieram powrotną drogę do Ustrzyk przez Szeroki Wierch. Tutaj to dopiero zawiało śniegu, widać że tylko kilka osób szło przede mną, miejscami jest do kolan śniegu, szlak jest zdecydowanie trudny. Śmiało taki odcinek można by iść w rakietach, fajnie jakby całe Bieszczady tak zasypało jak w tym miejscu. Niżej na granicy lasu mokry, topniejący śnieg i dodatnia temperatura. Zbliżając się do Ustrzyk śniegu już w ogóle nie ma, pozostała godzina do zmroku, myślę że spróbuję złapać stopa, a jak mi się nie poszczęści do przenocuję tutaj. Finalnie znowu wracam do swojego bieszczadzkiego domu - Bacówki pod Honem. Dopiero byli wszyscy zdziwieni jak kolejny raz wróciłem, twierdząc że będę za kilka dni...


02.11.16, Środa. Leniwy i deszczowy dzień. Podjechałem do Wetliny do schroniska Pod Wysoką Połoniną. Stwierdziłem, że nie ruszam się stąd, podoba mi się tutaj. W cieple świetlicy czytam sobie o historii Bieszczad, o Goprze i akcjach ratunkowych oraz inne przyrodnicze książki. Daję szansę butom, niech przeschną trochę, nareszcie jutro ubiorę w pełni suche. Jestem sam w wieloosobowym pokoju, to dopiero wypocznę, tymczasem za oknem mocno pada i nie zanosi się na poprawę.

03.11.16, Czwartek. Pogodny dzień, może dzisiaj zobaczę niepowtarzalny widok? Informuję Tomka, iż niewykluczone że jeszcze wrócę, bo nie wiem gdzie dziś zanocuję. O 9.00 częstotliwość samochodów jadących w stronę Ustrzyk to jedno na kilka minut. W dodatku miejscowi najrzadziej się zatrzymują. Na stopa najczęściej zabierają turyści, którą znają tutejszą sytuację z transportem oraz ludzie, którzy sami podróżują autostopem. Mi zatrzymała się rodzinka, z którą spotkałem się w schronisku.



Wysiadłem na Wyżniańskiej i poszedłem zielonym szlakiem na Caryńską. Jest mroźno, momentami przejdzie przelotna fala śniegu. To niesamowita jaka "przepaść" jest pomiędzy ilością śniegu na dole i na górze. Na szczycie szlak nie jest przetarty, a ślady szybko zasypuje zawiewa śnieg. Zdobyłem szczyt dla zasady i zacząłem schodzić, gdyż wiatr strasznie dokuczał. W połowie zejścia zaczęło przebłyskiwać słońce, szczególnie ciekawie to wygląda kiedy przez promienie słoneczne przechodzi fala sypiącego śniegu.

W schronisku pod Rawkami przegryzłem krakersy, wypiłem resztę herbaty, uzupełniłem nową i poszedłem ku górze. Chyba rekordowo szybko wszedłem na górę, bo zajęło mi to niecałe 40 minut. Ale co się dziwić, kondycja mi na to pozwala. Ostatnie kilka kroków i wyłania się przede mną widok na Słowację i Ukrainę. Chmury są na tyle wysoko, że pomiędzy horyzontem a chmurami tworzy się jasny pas światła, momentami towarzyszą temu promienie słoneczne.


Rozłożyłem się, ubrałem kurtkę, rękawiczki, wyjąłem termos i zacząłem robić zdjęcia. Zdecydowanie to najlepszy widok podczas tej wyprawy. Zmarznięte drzewa aż po horyzont i ładne światło do zdjęć. Wygląda to tak, jakby miał być już zachód, a dopiero po 14.00. Ludzie zatrzymują się i pytają czy często tak czatuję i robię zdjęcia, odpowiadam że nie, ale teraz warunki teraz tego ode mnie wymagają. Odpowiedzieli, że podziwiają mnie z powodu mrozu i zimnego wiatru i poszli w dół. Spotkałem też parę, która była na Tarnicy we wtorek. Na Rawce spędziłem ponad godzinę czasu, wypiłem cały termos herbaty - jakby we mnie wsiąkła na obecnym mrozie. Tutaj warto wrzucić pod rząd kilka zdjęć.




Z Wielkiej Rawki zrezygnowałem, postanowiłem, że wrócę tzw. działem do Wetliny, do schroniska. Już myślę o napoju rozgrzewającym, który wypiję jak zajdę. Podczas schodzenia zauważam, że nadchodzą chmury ze śniegiem, także barwnego zachodu słońca pewnie nie będzie. Szlak tylko początkowo jest mocno zasypany, kawałek niżej ścieżka już jest wydeptana i idzie się przyjemnie. Co jakiś czas obracałem się, aby zobaczyć zachodzące słońce nie oświetla Rawek, ale obyło się bez ciekawego spektaklu. Nastała szaruga, a ja szybciej zacząłem iść w dół, spotkałem tylko dwie sarny w borówczyskach.

Ten szlak to jeden z tych, który nie jest doceniany a widokowo jak dla mnie jest świetny. Wyszedłem z lasu, zostało mi 20 minut asfaltem do schroniska - nie lubię tego odcinka, który trzeba pokonać ulicą. Jak sobie obiecałem wypiłem grzane wino, dokańczając lekturę ze wczoraj. Wieczór spędziliśmy na jadalni rozmawiając o Bieszczadach i nie tylko wraz z Tomkiem i rodzinką przebywającą w schronisku. Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy...

04.11.16, Piątek. Dzisiaj na spokojnie, moja wędrówka bieszczadzka powoli dobiega końca, postanawiam nazbierać trochę tarniny na syrop i nalewkę. Przed 9.00 wsiadam w busa i za kilka minut wysiadam w Kalnicy. Zapowiada się pochmurny dzień, ale z licznymi przejaśnieniami. Powoli idę wzdłuż Wetlinki w poszukiwaniu oblepionych drzew tarniną. Teraz powinna być najlepsza, gdyż natura przemroziła owoce i nie powinny być zbyt cierpkie. W Jawrocu trwa zrywka drzewa.


Patrzę też na retorty, które wyglądają jakby nadal pracowały, jednak nigdy nie widziałem aby tutaj dymiły. Zbieram owoce do siatki, przechodząc z jednego miejsca do drugiego szukając to coraz dorodniejszego miejsca. Na polanie pomiędzy krzewami ślady żerowania dzików. Kolce, wiatr i niska temperatura utrudniają zbieractwo, przemarzają mi dłonie. Nazbierałem już sporo, czas na przerwę w schronisku na Jaworcu. Od listopada schronisko przejął nowy gospodarz, trwają ogólne prace porządkowe i remontowe, na sali jest ciepło, pali się w kominku.

Posiedziałem z godzinkę, pogadaliśmy, przejrzałem album ze zdjęciami i poszedłem dalej na zbiory, jednak nie chciało mi się długo zbierać. Postanowiłem wracać, na tym można powiedzieć, że zakańczam bieszczadzką wędrówkę. Na skrzyżowaniu w Kalnicy zatrzymuje się pierwsze jadące auto i tym sposobem po chwili znajduję się w Dołżycy. Tutaj dosłownie przesiadka, bo od razu zatrzymał się Pan Leśnik jadący do Cisnej. Wyszło słońce - zostawiłem plecak w schronisku i udałem się na górkę z widokiem na stok Łopiennika. Znów zapowiadają zmianę pogody, mają nadejść deszcze i odwilż. Mi to pasuje i tak zostaję tutaj dwa dni, a w poniedziałek wracam do domu.


05,06.11.16, Sobota i Niedziela. Tak jak w poprzedni weekend zostaję w Bacówce pod Honem, odpocznę w bieszczadzkiej atmosferze przed powrotem do domu. Tutejsze schronisko to mój drugi dom. Będąc w Bieszczadach, mnóstwo czasu spędzam tutaj. Jest ciepło, żeby się nie nudzić przebiegłem się kilka kilometrów. Później zrobiłem sobie porządne ognisko, które przeważnie robię na pożegnanie się z górami, do następnego razu. Przy ognisku posiedziałem kilka godzin...
W nocy zaczęło padać i tak padało do czasu aż wyjechałem z Bieszczad. Pomyślałem, że spakuję się za w czasu, w końcu przyjechałem z dwoma plecakami, bo chciałem mieć ubrania do przebrania, które cały czas przebywały w schronisku.


07.11.16, Poniedziałek. Zjadłem jajecznicę, wypiłem malinową herbatę i zjechałem w dół na przystanek. O 9.00 wyjechałem z Cisnej z nadzieją, że zdążę w Sanoku na kolejnego busa. Dosłownie wysiadłem z jednego i wsiadłem do drugiego busa jako ostatni, kilkadziesiąt sekund i nie zdążyłbym. Trasa minęła bardzo szybko i o godzinie 14.00 byłem już w domu.


Tak minęły trzy tygodnie, przynajmniej miałem trochę towarzystwa podczas tej wędrówki. Chciałbym z tego miejsca podziękować Robertowi i Ewie z Bacówki pod Honem za standardowe ciepło, atmosferę i nieocenioną pomoc. Jesteście właściwymi ludźmi, na właściwym miejscu.

Udało mi się zrealizować plan, nawet spełniła się pogoda, niezależna ode mnie. Chciałem żeby zastała mnie zima i się udało. Najważniejsze, że nie było deszczowych dni i nie musiałem moknąć na szlaku.

Do tej pory unikałem poruszania się autostopem, jednak w Bieszczadach jest to bardzo dobra opcja do przemieszczania się. Większość ludzi, którzy zabierali mnie na podwózkę to turyści, którzy przyjechali na weekend lub na kilka dni w Bieszczady. Podczas rozmowy byli mocno zdziwieni, kiedy oznajmiałem, że jestem już dwa tygodnie i przede mną jeszcze tydzień.

Kolejny wyjazd w Bieszczady planuję w grudniu, jak nastaną mrozy i zima która mnie w pełni usatysfakcjonuje.

Więcej zdjęć w galerii:
https://goo.gl/photos/iLBi29xhsGttqWuG8