piątek, 26 grudnia 2014

16-22.12.14 - Bieszczady



Grudzień, łagodna zima i dużo wolnego czasu z racji przerwy świątecznej. Nic innego się nie zapowiadało jak wyjazd w Góry – Bieszczady. Miałem jechać tydzień później sam lub z kimś, ale napisał do mnie Mr. Wilson, że jest plan jechać we wtorek, przenocować gdzieś a później spotkać się z ludźmi z forum. Bez zastanowienia umówiliśmy się na wyjazd, wtorek około 11.30 w Sanoku. Okazało się jednak, że do spotkania w większym gronie nie dojdzie, także chodzimy we dwóch, możemy robić co chcemy i nic nas nie ogranicza…

Wypaloną dziurę w plecaku zakleiłem taśmą na szybko i zacząłem się pakować. Na sześć dni spakowałem karimatę BW, śpiwór o komforcie 0◦C, plandekę i sznurek, aparat, apteczkę którą znowu zmodyfikowałem, dwa kubki i sporka, manierkę,  latarkę czołówkę, czapkę, dwie pary skarpet i bieliznę na zmianę, kurtkę przeciwdeszczową, ubrałem na siebie koszulkę, polar i kurtkę z kapturem; do jedzenia kabanosy, pieczywo, orzeszki ziemne solone, czekolada, herbata, cukier, cynamon i trochę nalewki ze syropu z podbiału. Wszystko co zabrałem było potrzebne, więc z plecakiem chodziło mi się lekko i przyjemnie.

Wtorek, wstałem paręnaście minut po 6.00 dokończyłem pakować plecak i czekałem na Pana z Blablacar aż będzie przejeżdżał przez Brzesko. Około 8.00 ruszyłem do Krosna samochodem, część drogi autostradą, więc podróż minęła w miłym towarzystwie szybko i przyjemnie, byłem śpiący i zmęczony. W Krośnie jestem około 10.00 i idę dwie uliczki dalej na przystanek gdzie od razu jedzie bus do Sanoka. W Sanoku jestem chwilę przed czasem, czekam parę minut na Wilsona. Wilson pojawia się punktualnie, dawno się nie widzieliśmy. Ustalamy plan na dzisiejszy dzień i jedziemy do miejscowości Lutowiska.  Dojeżdżamy, tak że do zmroku jest dużo czasu, kupujemy karkówkę na kolację i ruszamy w stronę lasu do zielonego szlaku. 

Od tego momentu zaczyna się przygoda, zmienia się sposób postrzegania na otoczenie, zupełnie inny świat. Mijamy dookoła polany, na poboczu widać niezebrane zarośnięte mchem i trawą ułożone stogi siana, wchodzimy do lasu, jest sucho. Widać stare buki, klony, świerki i jodły o olbrzymich rozmiarach. Spotykam pierwszy raz w życiu lakownicę lśniącą, których tu jest prawie tak dużo, jak pniarków w Gorcach. Co chwila mijamy starego przewróconego buka z dużą ilością hubiaków w różnym wieku. Schodzimy trochę ze szlaku aby urozmaicić trasę do schroniska. Zatrzymujemy się przy buku i zbieramy dwa dorodne młode hubiaki na hubkę, wypatrujemy też grzybni żółciaka w złamanych bukach. Do schroniska zachodzimy niespełna godzinę przed zmrokiem i wraz z Wilsonem i poznanym Karlosem pomagamy Luboszowi, właścicielowi chatki rąbać i nosić drewno do kominka. W chatce z Luboszem była też Kasia vel. Żyrafa. 

Przygotowaliśmy dostateczną ilość drewna i poszliśmy się zadomowić. Śpimy na jaskółce, najwyżej i najbliżej komina. Bierzemy to co potrzebne na dół i idziemy coś zjeść, mój pierwszy posiłek. Rozpalamy ogień w palenisku i pieczemy karkówkę, popijamy ciepłą herbatkę i rozmawiamy w małym ale dobrym towarzystwie. Lubosz urzęduje w chatce od czerwca, Kasia siedzi i nie wyjeżdża bo tu jej dobrze, Karlos przyjechał w Biesy i odpoczywa, siedzi w chatce. Popijamy czeremchówkę Wilsona i moją nalewkę z podbiału. Gospodarze częstują nas „Otrycką”, czyli nalewką o tajemniczym składzie. Wieczór przy ciepłym kominku, zastanawiam się jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, jaka będzie pogoda, co przyniesie szalejący wiatr na zewnątrz. Wieczorem, nie jest jeszcze późno, rozchodzimy się spać, stwierdzamy z Wilsonem, że zostaniemy tu jeszcze na jedną noc a jutro przejdziemy się po okolicy.


Środa, przebudzam się i patrzę przez okno na pogodę, jestem trochę w szoku, pada deszcz i jest mgliście – cóż byłem przygotowany na zmienną pogodę. Wyszedłem na zewnątrz, zaczął też sypać śnieg, później uspokoiło się i tylko sypało, aż do końca dnia. Po chwili wstał Wilson, wzięliśmy coś do jedzenia, resztę zostawiliśmy w schronisku. Idziemy w dół ścieżką, mniej więcej w kierunku miejscowości Chmiel, po drodze zbieramy trochę pokrzywy spod śniegu, zbierając myli mi się z karbieńcem.  Kiedyś tutaj była wieś, sporo drzew owocowych, dziki sad, pięknie musi wyglądać to w lecie, kolorowe kwiaty jabłoni, gruszy, śliw. Las zmienia się, jest mniej świerków, idziemy buczyną w małym strumieniu. Jeszcze nie jest mi zimno z powodu deszczowej pogody, skarpety jeszcze trochę suche. Zbieramy rukiew, miętę i rzeżuchę, ściółka uboga w roślinność. Wypatrujemy boczniaków, uszaków i płomiennic, uszaki bardzo pospolite, na wielu bzach rosną liczne skupiska; śnieg nadal sypie a w lesie kapie woda z drzew. W Chmielu mamy zamiar zatrzymać się w sklepie, wcześniej przy drodze zbieramy płomiennice. Robimy zakupy, Pani ekspedientka pyta czy to jadalne grzyby w siatce; przegryzamy coś i ruszamy dalej szosą w kierunku Sękowca w stronę Rezerwatu Hulskie. 

Schodzimy do brzegu Sanu, porośniętego wierzbami, bzami, niestety nie ma kamienistej plaży więc wracamy na drogę. Marsz ulicą nie jest ciekawy, ale po sezonie busy nie jeżdżą tu przeważnie tak jakbyśmy chcieli… Docieramy do Sękowca i kierujemy się spokojną drogą, lasem do rezerwatu. Przez kilka godzin, odkąd wstałem przeszliśmy trochę kilometrów, ciągle zmienia się okolica, w dodatku nasypało sporo śniegu, który topnieje, jest co raz bardziej mokro, buty już mam przemoczone, więc jest zimno. Mijamy ogromne mgliste dolinki porośnięte starymi bukami, jodłami, to coś zupełnie odmiennego niż w zwyczajnym lesie, człowiek jest jeszcze mniejszy. Część trasy idziemy starą ścieżką po zrywce drewna, porośniętą jeżynami, którą płynie strumyk.  Cisza i spokój, nikt tędy nie chodzi i nie jeździ, nie widać śladów ludzi na świeżym śniegu. 

Kierujemy się w stronę niebieskiego szlaku, aby wrócić do schroniska pasmem Otrytu i w ten sposób zatoczyć pętelkę na mapie. Na szlaku nasypało śniegu po kostki, znalazłem kapelusz, jak się później okazało Karlosa. Na początku zebraliśmy trochę roślin, grzybów mamy już wystarczająco, dlatego wypatrujemy przewróconych buków żeby znaleźć hubkę, grzybnię żółciaka siarkowego. Nie widziałem tego nigdy naturalnie, dlatego tym bardziej chciałem zobaczyć i zabrać trochę do domu do krzesania. Szlak a wokół duży las, do schroniska ponad dwie godziny drogi, na świeżym śniegu można napotkać mnóstwo śladów jeleni, dzików, myszy, które przecinają przez naszą ścieżkę, ścieżkę ludzi. Wilson wypatrzył tuż przy szlaku sporo grzybni, grube żółte płaty i jasne białe, te grubsze są lepsze. Obok drugie drzewo też zarażone grzybem. Tutaj łatwo znaleźć takie materiały, rosną tu wszystkie hubki z grzybów, to świadczy o dzikim terenie. Zabieramy część ze sobą, jest już trochę po 15.00 widać jak robi się szarzej, niebawem będzie ciemno. Poznajemy już okolicę, mamy już blisko. Wilson pokazuje mi chatkę w pobliżu w której można się przespać. 

Docieramy do schroniska na styk przed zmrokiem, dobrze że wczoraj przygotowaliśmy drewno, dzisiaj byłoby mniej komfortowo. Szybko ściągam buty, przebieram skarpety i jak co dzień będę suszył buty. Po przebraniu już jest o wiele cieplej, zabieram jedzenie, herbatkę i idę grzać się do kominka, gdzie siedzi i czeka na nas Karlos. Wręczam mu znaleziony kapelusz, zadowolony dziękuje mi, mówiąc że myślał że się już z nim nie zobaczy. Ciepła herbata szybko rozgrzewa, piję dużo żeby uzupełnić płyny i nabrać sił na następny dzień. Co jakiś czas przegryzam kawałek pieczonej kiełbasy znad ogniska, dzisiaj bez alkoholu. Rozmowa się klei to czas szybko umyka, zimą mrok zapada wcześnie, wieczory są długie, też spać można iść wcześniej i solidnie wypocząć. Nasz plan na jutro to dotrzeć do Dydiówki, tam zadomowić się i spędzić trochę czasu.

Czwartek, tutaj gdzie śpimy cały czas jest ciepło, można dobrze wypocząć i poleżeć rano. Gdy wstaję wychodzę na zewnątrz zobaczyć jaka jest pogoda i co tam słychać ogólnie. Śnieg i szaro, czasem wietrznie, nieciekawie. Pakujemy plecaki, waga z dnia na dzień jest coraz mniejsza, można to odczuć. Jemy śniadanie, żegnamy się z poznanymi ludźmi i ruszamy do chatki, do której chciałem dotrzeć jak tylko pojawię się w Bieszczadach. Schodzimy szlakiem do Lutowisk, tym którym przyszliśmy tu we wtorek. Im niżej tym mniej śniegu, w dolince zupełnie jesiennie. Zaglądamy do sklepu po zaopatrzenie na dwa dni, po czym patrzymy na rozkład jazdy. Tak jak wcześniej nie ma żadnego połączenia, dlatego dreptamy szosą najpierw na Smolnik a potem Stuposiany gdzie skręcamy w stronę miejscowości Muczne. Po drodze rozglądam się na boki, przydrożna tarnina, rzeka, tamy i żeremie bobrów, mijamy siedzibę straży granicznej. Schodzimy do Sanu i wśród kamieni szukamy radiolarytu do krzesania, zabrałem też trochę kwarcu, naturalnie tu występuje. Bardzo często widzimy samochody terenowe geodezji krakowskiej, jeżdżą i jeżdżą. Ponad dwie godziny marszu, jesteśmy już na drodze z lasem dookoła, nagle dostrzegam przed nami zaczynający się trop niedźwiedzia na świeżym śniegu, było widać skąd przyszedł, tak rozkopał ściółkę. Trop bardzo duży, widać że dorosły okaz niedźwiedzia. Szliśmy parę minut tropem, który skręcił w naszą ścieżkę prowadzącą do Dydiówki. Prawdopodobnie misiek szedł tędy wczoraj po tym jak nasypał śnieg. Poprzednim razem trop niedźwiedzia widziałem w Beskidzie Żywieckim, ale był dwukrotnie mniejszy od tego. To naprawdę dzika okolica, czuć respekt do przyrody w takich okolicznościach. 

Do chatki zostało nam niespełna godzinę marszu, gdy docieramy do polanek w oddali widać już Ukraińskie zbocza i lasy. Bliżej, poznaję już okolicę ze zdjęć bo dawna chciałem tu przyjechać, przejść się po okolicy, zobaczyć co tu rośnie i jak się tutaj bytuje, po prostu. Przy chatce nie ma suchego opału zatem wracamy do lasu 200m dalej i przynosimy na barkach suche drewno, trochę spróchniałe ale nadaje się. Idziemy po baniak wody do małego źródełka, rozpalam w piecu, Wilson rąbie drewno. Korony drzew szumią i uspokajają się i tak cały czas. Zapada zmrok, odpalamy świeczki, tworzy się bacówkowy klimat. Dzisiejszy dzień był spokojny i lekki, jest jeszcze dużo czasu zanim pójdziemy spać. 

Wilson zajmuje się suszeniem i preparacją hubiaka gotującego się w bukowym ługu, suszymy także zebraną grzybnię przy piecu. Co przyniesie wiatr, myślę, jak będzie wyglądał kolejny dzień? Zgłodnieliśmy, zjedliśmy mięso z cebulką z przyprawami, podpłomyki na słodko z cynamonem i musli, zapijane herbatkami z miodem. Planowaliśmy kolejne dni, tak żeby jak najkorzystniej wykorzystać czas. Po drodze tutaj okazało się, że ktoś z forum rusza też w Bieszczady, kombinowaliśmy opcję spotkania się, wiele możliwości i planów, czas pokaże. Następny dzień mieliśmy chodzić po okolicznym lesie, znaleźć jakieś ciekawe materiały, poszukać tarniny, szukać przygody na łonie natury. Wieczory długie, ale człowiek ciągle czymś się zajmuje, odpoczywa, nie nudzi się. Nie patrzę na czas, nie interesuje mnie to, żyję swoim czasem, rytmem dnia i nocy. Kładziemy się jakoś wcześnie spać, sen to dobra regeneracja sił, przynajmniej wstaniemy wcześniej. W nocy budzę się i wychodzę na zewnątrz, pada deszcz ze śniegiem i wieje silny wiatr. Zmieszany idę spać dalej.

Piątek, zarówno jak wczoraj, w nocy padał deszcz ze śniegiem a towarzyszył temu porywisty wiatr. Po zjedzeniu śniadania, częściowo pakujemy plecaki, zostawiamy jedzenie w chatce i wiadomość, że wracamy wieczorem i wychodzimy na parę godzin w okolicę. Idziemy najpierw dużą polaną nad San, widać aktywność zwierząt np. jeleni i dzików, rozkopana darń, wyryte korzonki i bulwy roślin. Widać pozostałości prawdopodobnie po tutejszej wsi, kawałek omszonego betonu i barwinek rosnący wokół. Szare, uschnięte trawy, opadłe liście z drzew, jesiennie tutaj, zmierzamy w kierunku lasu, nie patrzymy na mapę, naszym punktem orientacyjnym jest pagórek, który częściowo obejdziemy. Na chwilę przebijają się promienie słoneczne ale tylko na chwilę. Zbieramy uszaki płomiennice na dodatek do schabu, który zostawiliśmy na dzisiaj. Las z bukami, klonami, topolami, wierzbami, bzami, świerkami, jodłami, brzozami, spora różnorodność; zarośnięty jeżynami, dużo przewróconych drzew tych mniejszych i starych, ogromnych. Sporo spróchniałej materii, opierając się o drzewo trzeba uważać, czy nie jest spróchniałe. 

Lubię spacerować z Wilsonem, chodzimy tam gdzie nas oczy poniosą, zwracamy uwagę na podobne rzeczy w terenie, szukamy różnych materiałów, nie nudzimy się. Mijamy strumyki powstałe z małego deszczu, ścieżki zwierząt, ogromną zwyżkę na młodnik świerkowy, duże skupiska różnych gatunków grzybów np. warstwiak zwęglony, boczniak z włochatą skórką kapelusza, podobny do ostrygowatego, zabieramy je. Doszliśmy do szlaku przecinającego naszą trasę, idziemy znowu w dół, w kierunku rzeki Muczne. Rzeka o wartkim nurcie, można bez problemu przejść na drugą stronę. Wyszło znowu słońce, czuć te ciepłe promienie, tym razem świeci nam dłużej niż wcześniej. Idziemy wzdłuż rzeki, aż do Sanu, rośnie tutaj czosnek niedźwiedzi, widzimy cebulki wykopane przez dziki i tak trochę lasem, wzdłuż rzeki i tam gdzie łatwiej da się przejść przez powalone drzewa. Widzimy złamany na pół mostek z grubej kłody, teraz leśnicy zrobili nowy, z dwóch kłód. Dochodzimy do miejsca gdzie rzeka wpada do Sanu, w oddali w lesie widać Ukraiński słupek graniczny. Zbieramy radiolaryt, widać ładne duże kawałki kwarcu i kierujemy się wzdłuż Sanu podłużną ścieżką, odbijamy w las pod górkę, czyli gdzieś dojdziemy do ścieżki prowadzącej do chatki. Na ścieżce błoto po deszczu, ponownie spotykamy trop niedźwiedzia, łażą tutaj. 

Zrobiliśmy ciekawy spacer, do zmroku jeszcze około dwie godziny a już jesteśmy na polance, po drodze wziąłem jeszcze dwa kawałki drewna i poszliśmy siedzieć do chatki. Nikogo w środku nie było podczas naszej nieobecności. Porąbaliśmy drewna na wieczór i na zapas, żeby innym ludziom zostawić opał. Hubka z hubiaka łapała iskrę za pierwszym razem, opalona grzybnia żółciaka równie dobrze. Zacząłem pakować się, żeby z czasem był większy porządek i jutro mniej rzeczy do ogarniania przed wyjściem. Wilson wpisał naszą obecność do zeszytu i zajął się kucharzeniem, zjedliśmy podpłomyki tym razem na słono, mięso z grzybami i cebulką i kisiel z bakaliami i musli, trzeba dobrze zjeść. Drugi wieczór a już jestem tak zaklimatyzowany że chciałbym posiedzieć tu dłużej, rozpalać w piecu, robić podpłomyki, gotować, pić herbatę i odpoczywać długimi wieczorami. Cisza, wiatr się uspokaja na tą noc, słychać myszy jak chodzą w ścianach, po podłodze. Świeczki dopalają się, dorzucamy do pieca żeby było cieplej jak najdłużej i idziemy się kłaść, można najpierw poleżeć a potem zasnąć, pomyśleć, rozmarzyć się i zasnąć a rano obudzić się i oczekiwać kolejnych przygód.

 Sobota, jak tylko robi się jasno wstajemy, żeby jak najwcześniej wyjść, dzisiaj zapowiada się ciężki dzień, ale sił jest sporo. Jemy śniadanie, plecak znów lekki bo jedzenia jest o wiele mniej. Porządkujemy chatkę, układamy drewno, napełniamy baniak z wodą i zabieramy wszystkie zastane śmieci zostawione przez innych, zostawiamy też trochę jedzenia, którego nie wykorzystamy a może przydać się innym np. mąka i znalezione kartofle przed chatką. Wychodzimy około godzinę po tym jak wstaliśmy, kontroluję nas straż graniczna, ruszamy jak najszybciej do Stuposian, może będzie bus. Docieramy tam po półtorej godziny marszu i co? Nic nowego, godzinę temu, czy za godzinę mamy busa, nie ma sensu czekać więc ruszamy w kierunku Połoniny Caryńskiej. W miejscowości Pszczeliny odbijamy na niebieski szlak w stronę Magury Stuposiańskiej. Szkoda, że marnujemy czas idąc asfaltem, bo busy nie jeżdżą. Szlak pojawia się nagle przy ulicy, początkowo zarośnięty widać że rzadko uczęszczany, widać kilka sztuk uschniętego barszczu Sosnowskiego, okazy około 2,5m a to i tak nie duże. Rozpogadza się, miałem takie przeczucie na początku dnia. Przyjemnie się maszeruje jest ciepło, przebieram się, żeby było wygodniej. Przerzedzony las bukowy, na stromym zboczu pojawia się śnieg, roślinność się zmienia, klony, świerki, owocujące jałowce. 

Schodzimy z Magury obok schroniska Koliba i ruszamy na Połoninę Caryńską a dalej zobaczymy w zależności od czasu. Z oddali już widać charakterystyczną górkę, na którą musimy się dostać. Jesteśmy coraz bliżej, idziemy od północnej strony, widzimy błękitne niebo, ale im wyżej jesteśmy szczyt zasłania nam słońce, zaczyna się więcej zmrożonego śniegu, oblodzonych traw i borówek, jest stromo i miejscami trochę ślisko, ale nie potrzeba kijków, raków czy rakiet, da się iść swobodnie. Za nami piękny widok lasu, a za lasem i pagórkiem kolejne zalesione zbocza, można dostrzec rzucony cień przez chmury, jak powoli przesuwa się po bukowych łysych koronach. Widać wieżę straży, zza górki której tutaj idziemy, trochę drogi przebyliśmy. 

Docieramy na szczyt, spotykamy dwóch turystów. Wietrznie, ale nie jest zimno, zresztą widoki i okolica rekompensuje wszystko. Niezalesione zbocza, chronione przez park z powodu występujących tu rzadkich roślin. Akurat słońce niedawno zaczęło świecić, idąc górką przy dobrej widoczności nie wiadomo w którą stronę patrzeć, chciałoby się posiedzieć tu i obserwować jak przemijają chmury, schodzi słońce.  Widzimy w oddali schronisko Małe Rawki i zastanawiamy się gdzie idziemy, czasu sporo, także ruszamy do Wetliny, widać też Chatkę Puchatka. 

Czerwonym szlakiem schodzimy do Brzegów Górnych i kontaktujemy się z ekipą Śląską. Okazuje się, że przesiadują na Otrycie, ale obecnie są w terenie, więc umawiamy spotkanie w Wetlinie w barze i idziemy tam szosą a oni nas zabiorą po drodze samochodem. Życzliwy turysta podwiózł nas parę km i jesteśmy. Spotykamy się z Gawronem i Pasikonikiem, Doktor czeka w schronisku. Zmieniamy zdanie, ruszamy na Otryt nocować, ponownie. Jest już ciemno, zaczął sypać śnieg, już w większej okolicy, czyli mieliśmy parę godzin pogody. 

Zostawiamy samochód w Dwernikach, zakładamy czołówki i kierujemy się niebieskim szlakiem do schroniska. Już od dłuższego czasu zimno w nogi, przemoczone buty i skarpety, czym prędzej chcę się przebrać w suche rzeczy i wysuszyć buty na jutrzejszy dzień. Po drodze spotykamy Lubosza i Karlosa, który jak się okazało dalej siedzi w chatce i dalej nigdzie mu nie śpieszno. Wolnym krokiem w miłej atmosferze docieramy do schroniska. Jest weekend, do schroniska dotarli nowi ludzie, wieloosobowa ekipa z Łodzi i poznany Bazyl z Rzeszowa. Spotkanie reconnet w górach to zupełnie inny wymiar, a szczególnie w schronisku z takim kominkiem. Przebudził się Doktor, który odsypiał i rozpoczęliśmy wieczór. Między sporą dawką śmiechu popijaliśmy bardzo dobry bimber, przegryzaliśmy orzeszki, czekoladę, kiełbaski, tosty i to co kto miał dobrego. Dobre towarzystwo, ognisko i czas mija szybko, za szybko. O którejś tam godzinie idę spać, bo jestem już wystarczająco zmęczony, ciepło.

Niedziela. Jak się okazuje będzie to leniwy dzień. Wszyscy siedzieli do późna i teraz odsypiają, ekipie z Łodzi bimber zdecydowanie nie służy. Na dole przy kominku czuwa już Doktor z Karlosem, pijemy herbatkę, dołącza Wilson i Pasikonik, Gawron. Jemy śniadanie i powoli się zbieramy. Przez noc nasypało trochę  śniegu, warunki się zmieniły na lekko zimowe. Schodzimy tym samym teraz przyprószonym, nieprzetartym szlakiem do Dwernik. Jedziemy wszyscy do Cisnej do Karczmy zjeść obiad. 


 Po obiedzie żegnamy się, a my z Wilsonem kierujemy się do Bacówki pod Honem. Byłem tutaj rok temu, musiałem odwiedzić to miejsce będąc w Bieszczadach, tym bardziej że obiecałem. Miło, że dalej w bacówce siedzi Karolina, dostaliśmy pokoik i poszliśmy się rozpakować. Ogarnęliśmy się i akurat przyjechała Teresa z Pawłem, tak więc wieczór zleciał na bieszczadzkich rozmowach… To taki powrót do domu. Ciepły pokój z łóżkiem, gorący prysznic, domowy obiad. Po takim komforcie nie trzeba wracać do domu, można dalej chodzić po górach, więcej nie trzeba, chyba.


Poniedziałek, to czas powrotu, powrotu do szarzej rzeczywistości, opuszczenie krainy rzek, strumieni i lasów i pagórków. Wstajemy po 5.00 zbieramy się i idziemy na busa przed 6.00, który jak okazuje się nie kursuje, więc wracamy przekimać się jeszcze do bacówki. Robi się jasno, prószy śnieg, nasz bus jedzie o 9.30 do Sanoka. W Sanoku jesteśmy o 11.00 i rozchodzimy się w swoje strony i wracamy do domu. O 14.30 byłem już w domu.

Każdy dzień był inny, spontaniczny, spokojny, zmieniały się kilka razy warunki atmosferyczne, poznałem wiele różnych miejsc, które zainspirowały do dalszych wędrówek. W Bieszczadach lasy są bardziej dzikie niż gdzie indziej a słońce jak zimno bardziej grzeje. Już się nie mogę doczekać aż znowu tam pojadę i połażę po lesie, po szlaku, po strumieniu i gdzie oczy poniosą, bo tutaj jest zupełnie inaczej.

Więcej zdjęć w galerii na picasie:

https://picasaweb.google.com/104572263095461936350/16221214Bieszczady02

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz