środa, 2 grudnia 2015

31.10 - 10.11.2015 - Bieszczady część 2

Środa, 04.11.15 Chata Socjologa - Schronisko pod Wysoką Połoniną

Wstaję w okolicach godziny 6.00, odpocząłem i wyspałem się. W chacie pusto i cicho. Pakuję się i ruszam wcześnie na niebieski szlak prowadzący pasmem Otrytu do górnej części Rezerwatu Hulskie. Jeśli lubimy chodzić po lesie musimy odwiedzić to miejsce i zobaczyć prawdziwą karpacką puszczę. Można spotkać tu potężne buki i klony. Liście pod butami ciągle szurają, wieje delikatny wiatr. Aura miejsc bardzo wiosenna, jakby zaraz miały rozwijać się liście drzew. Cały czas idzie się tutaj delikatnie z górki i pod górkę, przyjemnie.
Robię sobie krótką przerwę na śniadanie za górką osłonięty od wiatru. W pewnym momencie za mną słyszę głośny tupot po ściółce jakiegoś zwierza. Wstaję i wyglądam, zza grubego pnia buka widzę wielki brązowy tłów. Myślę że to niedźwiedź, próbuję zobaczyć głowę, uspokajam się i myślę o oddaleniu się, jednak zwierz się poruszył i okazał się to ogromny jeleń gdy odsłonił swoją głowę z ogromnym porożem. Po chwili przebiegło niedaleko mnie całe stado jeleni. Bardzo często słychać i widać tutaj aktywność zwierząt, idąc dalej ponownie widzę stado jeleni idące po zboczu. W pewnym odcinku było słychać pilarzy w oddali. Dochodzę końca szlaku dochodzę pół godziny przed czasem jaki podała mapa.

Sprawdzam mapę i spokojnie schodzę w dół drogą rezerwatu. Zauważam w lesie lisa z dużym i puszystym ogonem, większym od siebie - patrzy na mnie i odchodzi w las. Robi się coraz cieplej a w zacienionych miejscach czuć rześki chłodek. Idąc momentami pod słońce ubieram czapkę z daszkiem, żeby mniej jarzyło w oczy. Zejście jest kręte i długie a dookoła cisza, strumyki i las, przez drogę przebiegają mi sarny. Wychodzę na skrzyżowanie, prowadzące w stronę Zatwarnicy. Przede mną ławeczka z widokiem na polanę i góry, zachęciła mnie aby usiąść i odpocząć, zjeść coś. Jest tak ciepło, że zdejmuję polar i koszulkę i tak ładuje się promieniami słonecznymi.

Schodzę dalej w dół szutrową drogą, słońce odbija się od nawierzchni i razi po oczach, czapka nie pomaga. Popijam często wodę i herbatę, tuż przed skrzyżowaniem dróg są domki noclegowe i mini bar, jednak czynne sezonowo. Proszę tylko o dolanie trochę wody do butelki, żeby mieć zapas. Przechodzę mostem przez szeroki San i jestem w Zatwarnicy.



Teraz podreptam trochę asfaltem do czasu aż zacznie się żółty szlak oraz odbicie w leśną drogę. Przejeżdża tylko kilka samochodów, jest kolejny słoneczny dzień a i tak wszędzie pustki. Mijam czynny sklep o którym nie wiedziałem, kupuję i jem pomarańcze i banany. Wchodzę do lasu, dłuższy czas idzie się wzdłuż rzeki po płaskiej nawierzchni. Mijam zrywkę drewna w dwóch miejscach i kasę biletową przy której nikogo nie ma. Zaczyna się stroma, buczynowa ścieżka leśna z dużymi skałami, idąc właśnie czuję, że zaczęła się kondycja, teraz można non stop iść pod górkę bez zmęczenia. Na szlaku widać kryształki zjawiska resublimacji, przez drzewa przebijają się łapki na owady.
 
Wychodzę z lasu i piękne brunatne widoki, dochodzę do skrzyżowania żółtego z czarnym szlakiem i zaczynam iść na przełaj przez półmetrowe borówczyska w okolice Przełęczy Orłowicza. Zajadam się borówką czarną i kwaśną brusznicą. Ładnie przyświeciło słońce, co chwila widoki ulegają zmianom z racji zbliżającego się zachodu słońca. Myślę o wejściu na Smerek, to zaledwie chwila, jednak rozmyśliłem się.


Spotykam na szlaku Łukasza, jest z Warszawy i pierwszy raz przyjechał w Bieszczady pochodzić i pojeździć na rowerze szosą. Zaczęliśmy rozmawiać i tak nam zeszło aż do samej Wetliny. Szybko odnaleźliśmy wspólny język, rozmawiało nam się jakbyśmy się dłużej znali. Doradziłem Łukaszowi gdzie może ruszyć kolejnego dnia aby być zadowolonym z widoków gór.




Robimy jeszcze wspólnie zakupy w sklepie i strzelamy sobie pamiątkowe zdjęcie. Łukasz zaproponował mi podwózkę pod schronisko, żebym nie musiał dreptać asfaltem niepotrzebnie, trudno było odmówić więc zgodziłem się.


W ten sposób chwilę przed 16.00 znalazłem się w schronisku pod Wysoką Połoniną. Zostałem miło przyjęty i wskazano mi pokój wieloosobowy. Prócz mnie są 3 ekipy, Marta i Weronika, Olga i Staszek oraz Marcin i Heniek. Udana grupka do towarzystwa, wszyscy przyjechali pochodzić parę dni po górach. Marcin i Heniek sporo chodzili po Ukrainie i Rumunii, opowiadają trochę o tym, znają się na rzeczy. Rozpakowałem się, zjadłem coś, przejrzałem trochę zdjęć w książkach. Przychodzi do nas gospodarz schroniska Piotr, człowiek bardzo miły i otwarty do ludzi. Na samym wejściu bije ciepło od ludzi którzy tu przebywają, stwierdzam że na pewno tu jeszcze wrócę. Zostawiam kilka rzeczy w schronisku, głównie przeciwdeszczowych, za dwa dni tu wrócę a wiem, że nie będzie padać. Piotr pyta mnie o moje plany na kolejne dni i doradza mi, żebym pojutrze wcześnie wyszedł. Cześć osób również jutro uderza do schroniska pod Małą Rawką, tylko inną trasą niż ja, to się jeszcze spotkamy. Idę spać, jutro mam spokojniejszy dzień, mogę się wyspać.


Czwartek, 05.11.15 Schronisko pod Wysoką Połoniną - Bacówka pod Małą Rawką

Wstaję, jem śniadanie i robię herbatę do termosu. Wychodzę późno bo o 8.30, kupuję jeszcze coś do picia w sklepie, który znajduje się przed mostem  tuż przy żółtym szlaku w drodze na Jawornik. Kolejny dzień pełen słońca i błękitnego nieba. Przechodzę mostem przez płynącą, miejscami zmarzniętą Wetlinkę i wchodzę na szlak. Mimo że spóźniłem się na apogeum jesieni, które przypada na połowę października to i miejscami jest kolorowo. Pięknie kontrastują żółte modrzewie, topole i brzozy na tle błękitnego nieba, brunatnych buczyn i połonin.

Szlak na Jawornik wskazywał 1h 30', w większości jest stromy. Najpierw idę chwilę asfaltem, wchodzę w las jodłowo-bukowy, szybko się kończy i zaczyna się buczyna z odrobiną klonów. Na polankach pokrytych szronem widać oświetlone przez słońce pasmo Połoniny Wetlińskiej. Przy Jaworniku jestem o wiele wcześniej, pije herbatkę, zza mnie przychodzi starszy Pan, który postawił sobie dzisiaj ambitny plan, śmieje się ze mną, że niektóre znaki trzeba o wiele mniej liczyć.

Szybko się rozchodzimy, idziemy w przeciwnych kierunkach, schodzę teraz zielonym szlakiem w stronę Wetliny, by potem dalej zajść do do schroniska. Po drodze spotykam dużego i dziurawego klona, muchomory czerwone i podgrzybka. Przy jodłach czuję intensywny zapach ściółki z grzybami. Przy szlaku jest kilka dużych drewnianych krzyży. Zejście jest kamieniste i strome, momentami są prawie metrowe schody drewniane, zrobione przeciwko erozji gleby. Wychodzę już z lasu, idę do okolicznego sklepu i kupuję szminkę do ust, które mam lekko popękane z powodu ciągłego wiatru i słońca. Zjadłem przy okazji trochę owoców i dreptam dalej zielonym szlakiem przez Małą Rawkę.



Tym razem nie udało się ominąć kasy biletowej, przy której i tak na chwilę się zatrzymałem porozmawiać. Wchodzę w las, według mapy prawie cały czas idzie się lasem. Przez około 40 minut szlak jest bardzo stromy, a dookoła tylko strome zbocza z bukami; idąc świetnie zza góry przebija się z naprzeciwka słońce. Takie podejścia już mnie nie męczą, mogę napierać do przodu bez problemu.



Wychodzę z lasu na polankę, nie spodziewałem się. Świetna okolica, polany z ogromnymi borowinami, młodymi jodłami, jarzębami pełnymi owoców, które obżerają właśnie ptaki. Do tego cisza i brak wiatru. Z jednej strony widać Słowację, a z drugiej nasze Połoniny. Podoba mi się ten szlak, chodzę i zwiedzam nowe szlaki, nowe miejsca i schroniska. Co chwilę pojawiają się polanki idzie się lekko z górki a potem trochę pod górkę. Niebo jest już inne niż na przełomie ostatnich dni, pod słońce jest biało, widoczność trochę mniejsza, co znaczy że warunki za kilka dni się zmienią.


Przez drzewa widzę rowerzystę który ostro jedzie pod górę w moją stronę. Po chwili słyszę jakieś głosy, myślę to tylko wiatr albo mi się wydaje, w końcu jest tak czasami. Za około 10 minut mijam się z dwoma ludźmi, także dobrze słyszałem, nic mi się nie wydawało. Dźwięk niesamowicie się niesie podczas takiej pogody.




Często zatrzymuję się i kręcę wokół własnej osi, żeby nacieszyć się widokami. Rośnie tu bardzo dużo jarzębiny, duże drzewa i mniejsze skarłowaciałe od ciężkich warunków. Stada ptaków na nich przesiadują i ćwierkają lub odlatują na inne drzewo jak przechodzę. Widzę z oddali na polanie wiatę, wiem że mało mam jeszcze do przejścia, korzystam z ławeczek i odpoczywam przy wiacie. Nikogo nie słychać, mało ludzi, turystów. Jest niesamowicie ciepło jak na listopad, ściągam polar i koszulkę, niech podeschną do słońca a ja coś zjem i posiedzę bez koszulki.

Na Małą Rawkę docieram chwilę przed 15.00, nie ma w ogóle ludzi! Dopiero idzie w oddali kilka osób od strony Wielkiej Rawki. Słońce jest już nisko, poczekam sobie tutaj trochę, aż będzie żółto i kolorowo od zachodu. Przewija się przez ten czas trochę ludzi, kilka osób czeka na zachód.








Schodzę do Bacówki, będę wiedział jakie podejście rano mnie czeka, bo jutro znów tu się wdrapuję i idę dalej. Tak jak myślałem jest stromo, obok mocno płynie strumień to dobrze. Budynek bardzo przypomina Bacówkę pod Honem, kiedyś schroniska były tak samo budowane, na zewnątrz po drzewie biega wielki, rudy kot.

W schronisku już są Staszek, Olga, Weronika i Marta, którzy mieli tu dotrzeć. Dostaję ostatnie miejsce w jednym z pokoi wieloosobowych, w schronisku jest bardzo ciepło, na dodatek łóżko mam przy ścianie z kominem. Zjadam bardzo smaczne placki po węgiersku, przyjemnie pikantny smak. Ogółem jest sporo osób, do pokoju przychodzą jeszcze dwie osoby, okazało się że startowali w biegu rzeźnika. Placki były dobre, ale zjadłbym coś, zamówiłem sobie jeszcze jedną  porcję, którą już zaspokoiłem głód.

W schronisku jest bardzo miła atmosfera, sporo młodych i życzliwych ludzi, charakterystyczne jest, że nawet siedząc w swoim pokoju usłyszymy, że właśnie nasze danie jest już gotowe. Jutro czeka mnie długi dzień, chcę wyjść wcześnie, idę trochę wcześniej spać, podczas gdy na dole dzieję się to i owo. Ciężko zasnąć, jest tak ciepło a zasypiam bez jakiegokolwiek przykrycia. To był bardzo udany i przyjemny dzień a jutro następny...

Piątek, 06.11.15 Bacówka pod Małą Rawką - Schronisko pod Wysoką Połoniną


Kolejny dzień budzę się przed budzikiem, jak jest jeszcze ciemno. Cieszy mnie to, bo mogę jeszcze chwilę podrzemać. Wstaję po 6.00, pakuję się, szybka rozgrzewka i po godzinie jestem już w drodze. Pogoda można powiedzieć jest już monotonna, ale nie narzekam przynajmniej są piękne widoki. Po wczorajszym zejściu wiem jakie podejście mnie czeka. Nabieram trochę wody ze strumienia i idę szybkim krokiem w górę. Nie ma nikogo za mną ani przede mną. Docieram na Małą Rawkę, a stamtąd prosto na Wielką Rawkę.

Po godzinie marszu jestem na miejscu; przed szczytem jest stroma ścieżka, skracająca kawałek szlak. Tu też nie ma ludzi, podejrzewam, że będzie tak przez cały dzień, ale spokój. Góry Słowacji i Ukrainy zakryte lekkimi mgłami natomiast Polska strona cała z niebieskim niebem.






Cieszy mnie widok gór i lasów aż po horyzont, brak ludzi, wiatru i wszechobecna cisza. Schodzę teraz niebieskim szlakiem na Krzemieniec, pojawiają sie pierwsze ukraińskie słupki graniczne. Po chwili zaczęła mi się lekko lać krew z nosa, nigdy tego nie doświadczyłem w górach. Zastanawiam się dlaczego, rozumiem jakbym bym dwukrotnie wyżej. Uspokajam się, przegryzam tabliczkę czekolady, popijam herbatą, robię krótką przerwą i ruszam dalej. To efekt wysiłku i zmęczenia, będzie dobrze.

Krzemieniec to granica trzech państw, spotykam straż graniczną, klikam kilka zdjęć i ruszam w stronę Rabiej Skały; jest dopiero 9.00 a znak wskazuje 5h. Idę długo lasem, co jakiś czas wychodzę na niewielkie polany.






Pod nogami mocno szurają liście, nie ma tutaj żadnych odbić szlaku w inną stronę, idę cały czas w jednym kierunku. Spotykam pająka na ściółce, idzie przede mną pod górkę. Szlak nie jest męczący, widoki są tylko wtedy kiedy jesteśmy na polanach, oznaczeniem tutaj są betonowe słupki graniczne lub wyblakłe na drzewach niebieskie i czerwone znaki.




Las bukowy, momentami pojawia się kilka klonów z odpadającą korą. Po drodze jest wiata, przy której spotykam tą samą straż graniczną, kontrolują na quadzie granicę. Przysiadam się na chwilę do ogniska, po czeskiej stronie też jest wiata i źródełko z wodą. Z oddali słychać jak idzie człowiek szurając liśćmi, po chwili podchodzi do nas starszy, uśmiechnięty Pan jest Słowakiem i idzie w stronę Krzemieńca.


Ruszam dalej a straż mówi, że jeszcze się spotkamy przed Rabią Skałą, droga dalej przyjemnie prowadzi lasem, pojawia się więcej klonów. Cieszę się słońcem, ładuję się energią podczas przerw.








30 minut po południu jestem przy tarasie widokowym, mam dużo czasu do zmroku, dzięki czemu mogę dłużej korzystać z widoków. Jest tutaj tablica informacyjna po słowacku, większość rozumiem, część wnioskuję z kontekstu. Znów przyjechała straż, siedzą i oglądają. Mówią, że mam już blisko. Przegryzam bułkę, krakersy i piję herbatkę z termosu. Znalazłem skrzynkę Geocache a w środku pieniądze, źródła ognia, kartka z wpisami i długopis. Widzę przez drzewa zbocze mojego celu, już niedługo tam będę. Ostatnie krótkie podejście, kolejna wiata, dobrze o tym wiedzieć na przyszłość.



O 13.30 jestem przy znaku z Rabią skałą. Teraz cały czas będę szedł w dół żółtym szlakiem do Wetliny. Dobre oznaczenie, duża przejrzystość w lesie. Chwilami buczyna porośnięta jest młodnikiem jodłowym. Chwilę idę ścieżką szlaku a chwilę lasem.







Dopiero przy Jaworniku spotykam pierwszych ludzi. Zatrzymuję się chwilę, patrzymy na mapę i schodzę dalej w dół. Nawet na spokojnie idzie się o wiele szybciej niż pokazują znaki żółtych szlaków. Z widokiem na pierwsze domy Wetliny spotykam parkę z aparatami, która fotografuje góry, schodzimy razem asfaltem, idziemy kawałek razem do głównej drogi. Za mostem odbijam jeszcze do sklepu, trzeba się dobrze najeść po całym dniu.


Wchodzę do schroniska i słyszę od gospodarza Piotra: Bartek niedźwiedziu, witaj w domu. Po długim dniu przyjemnie wrócić w takie miejsce i móc się swobodnie poczuć.







Dostałem pokój, inny niż ostatnio, ma do mnie dołączyć jeszcze cała grupa z Krakowa. Wybrałem jak zwykle łóżko w kącie przy grzejniku, rozłożyłem wszystko i zacząłem jeść. Zamówiłem sobie dużą porcje smacznego krupniku i poszedłem odpoczywać do swojego pokoju pijąc herbatkę.





Wieczorem dołączyła wspomniana wcześniej ekipa w składzie: Lucyna, Ania, Daniel, Adam, Asia i Basia. Nie mają planu na następny dzień a przyjechali tylko na dwa dni. Doradzam im gdzie mogą jutro pójść, który szlak nie jest trudny i widokowy. Ja już przeszedłem szlaki, które miałem zaplanowane, nie mam pomysłu na jutrzejszy dzień. Rano zapadnie decyzja, może uda mi się gdzieś złapać transport aby podjechać na jakiś szlak. Szybko idę spać i prędko zasypiam, nic nie słyszę co się dookoła dzieje.

Więcej zdjęć w galerii:
https://picasaweb.google.com/104572263095461936350/311015101115Bieszczady

poniedziałek, 9 listopada 2015

31.10 - 10.11.2015 - Bieszczady część 1

Podczas, gdy przemierzałem GSB, któregoś dnia poczułem, że fajnie byłoby tak każdego dnia maszerować z plecakiem z jednego miejsca do drugiego, żyć codziennością tak z dnia na dzień, korzystać i cieszyć się życiem. Postanowiłem, że na przełomie jesieni i zimy wyruszę z domu z plecakiem na ponad miesiąc czasu. Najpierw pojadę w Bieszczady a potem...

Sobota, 31.10.15 Brzesko - Bacówka pod Honem
Wstaję o godzinie 8.00, piję herbatę i czekam w dobrym towarzystwie na busa do Sanoka. Dzień wcześniej zadzwoniłem i umówiłem się z kierowcą, że wsiądę na przystanku w Brzesku, teraz dzwonię i pytam o której mam się spodziewać busa. O 9.30 jadę na przystanek, pół godziny później wyjeżdżam. Do Sanoka docieram przed 14.00, okazuje się, że informacja na dworcu jest nieczynna "poza sezonem", który dla mnie trwa cały rok. Szukam na rozkładzie busa do Cisnej, jak zawszę będę zaczynał swoją bieszczadzką przygodę w Bacówce pod Honem. Najbliższy bus odjeżdża za 3 godziny! Trudno, jednak byłem na to przygotowany. Póki nie robi się zimno czekam na przystanku, natomiast później czekam w pobliskim barze przegryzając frytki. Jest ciemno, autobus przyjechał - nareszcie; jeszcze jedzie okrężną drogą przez Łupków.

W Cisnej wysiadam jako ostatni pasażer, jest 18.00, kieruje się prosto do mojego domu w Bieszczadach, od tego momentu zaczyna się przygoda. Niesamowite ile jest gwiazd na niebie, mam okazję podziwiać drogę mleczną - idę z głową do góry, zobaczyłem spadającą gwiazdę; może to znak, że podróż będzie udana. W schronisku zastaję i poznaję Wiolę, Agnieszkę i Józka. Dostaję jedynkę, mój ulubiony pokój nr 5. Wieczór spędzamy na rozmowach w kuchni przy świeczkach, gdyż obecnie nie ma prądu. Popijam ciepłą herbatkę i myślę o następnym dniu. Zjadam na kolację jajecznicę i idę wcześnie spać, jutro muszę wstać wcześnie. Wiem że pierwsze dni będą ciężkie jeśli chodzi o kondycję i chodzenie z ciężkim plecakiem.

Niedziela, 01.11.15 Bacówka pod Honem - Chatka Puchatka

Widok sprzed schroniska
Budzę się przed budzikiem, tak działa mój zegar biologiczny na wyprawach. Pakuję plecak, szybka rozgrzewka i ruszam bez śniadania. Za oknem cała dolinka pokryta szronem, słońce budzi i ogrzewa okoliczne lasy. O 6.45 wychodzę ze schroniska. Jest piękna pogoda, niebo świetnie kontrastuje z kolorowym lasem. Kieruję się drogą do Dołżycy na czarny szlak, wszyscy jeszcze śpią, mija mnie zaledwie kilka samochodów. Po godzinie dreptania jestem już na szlaku.

Zmarznięta kraina
Podejście jest bardzo strome, non stop idzie się w górę. Robi się coraz cieplej, przebieram długie spodnie na krótkie, mam na sobie bieliznę termoaktywną, więc będzie mi ciepło, prócz tego koszulka bawełniana i czapka. Dość szybko docieram na Falową, jest coraz cieplej, robię sobie krótką przerwę.




Przerwa

Spóźniłem się z piękną kolorową jesienią na buczynach, w lesie jest duża przejrzystość, można wiele dostrzec.Na wyciętej polanie biegają jelenie, w oddali widać Połoninę Wetlińską na którą zmierzam - to niesamowite jaką odległość w oczach można pokonać w parę godzin marszu.





Schodzę w dół szlakiem, momentami nie widzę oznaczenia, nie wiem też jak dokładnie biegnie szlak, gdyż cała ściółka jest pokryta liśćmi; mimo to nie ma problemu z marszem. Spotykam dziewczynę na szlaku, która idzie z Jaworca do Cisnej. Wychodzę z lasu na drogę, prowadzącą do schroniska na Jaworcu.











Przejście przez most
Idąc momentami żałuję, że nie skróciłem sobie drogi przechodząc przez rzekę Wetlinę, z racji niskiego poziomu wody. Zaoszczędziłbym 30 minut drogi asfaltem, ale nie jest źle - podziwiam okoliczne piękne kolorowe lasy, przy drodze rośnie mnóstwo owocującej tarniny, jeszcze dobrze nie przemarzła.



Schronisko na Jaworcu


Docieram do schroniska o 10.40, zastaję Karolinę i Marcina, których poznałem pod Honem dwa lata temu w grudniu, fajnie znów się spotkać. Uzupełniam herbatkę w termosie, jem smaczny bigos z chlebem, przy okazji przerwy suszę ubrania. Chciałoby się tutaj zostać cały dzień, porozmawiać, odpocząć i nacieszyć się ładnymi widokami dookoła schroniska, jednak przede mną jeszcze cały dzień.


Kolejny odcinek to Przełęcz Orłowicza, dalej czarnym szlakiem - mapa pokazuje 3h 30'. Jestem już zmęczony a przede mną ciągła droga pod górkę, nikt nie mówił że będzie lekko. Niektórzy twierdzą, że szlak na tym odcinku jest źle oznaczony, chyba nie są na bieżąco, gdyż momentami widać że oznaczenie jest "świeżo" malowane. Okolica to las mieszany, bardzo zróżnicowane gatunki drzew. Po ciężkim podejściu wychodzę z lasu na polanę, z której widać Wetlińską, mam ją na wyciągniecie ręki, jednak to godzina stromego podejścia. Znów wychodzę z lasu i trawersuję prosto na Przełęcz. Jestem spragniony, ale nie ściągam plecaka żeby się napić, przegryzam borówkę czarną i brusznicę, rośnie jej tu naprawdę sporo, można się najeść.


Jest 14.00 mam bardzo dobry czas jak na pierwszy dzień marszu, idę szybciej niż pokazują znaki. Dłuższa przerwa na posiłek i ciepłą herbatkę nie trwa jednak długo z powodu wiatru który jest uciążliwy na postojach, czasem naprawdę nie lubię jak jest tak wietrznie. Myślę o wejściu jeszcze na Smerek, jednak obawiam się, że nie zdążę wtedy na zachód przed Chatkę Puchatka, dlatego odpuszczam.




Jest mało ludzi, jak na tak popularne miejsce, cieszy mnie to, mogę zrobić ładne zdjęcia bez turystów w tle. Za mną słońce oświetla góry i lasy przede mną, z minuty na minutę jest inaczej, piękne kolory. W nogach coraz mniej sił, w połowie połoniny robię przerwę na herbatkę; leżę na trawie w słońcu i odpoczywam.



Po 9 godzinach marszu docieram do schroniska, promienie słoneczne pięknie oświetlają całą chatkę, w dodatku wokół jest pusto! Jest 16.00, wbiegam na punkt widokowy i staram się fotografować zachód słońca oraz połoninę caryńską.








Wiele silny wiatr, mam wrażenie że nawet statyw nie pomaga w tym aby zrobić nieporuszone zdjęcie. Po kilku minutach coraz słabiej operuję dłońmi, odpuszczam i idę grzać się do środka. W środku witam się z Julo, zastaję też Pana Lutka Pińczuka. Jem żurek, w międzyczasie się ściemnia. W pewnym momencie przypadkiem przez okno dostrzegam Tatry, oddalone o około 170 km w lini prostej! Niesamowity widok i świetne uczucie zobaczyć coś takiego, wcześniej widziałem coś takiego tylko na zdjęciach. Mimo opinii, że w chacie zawsze jest zimno, w środku w pokoju noclegowym jest całkiem ciepło i przyjemnie, powodem tego jest komin, który jest usytuowany na środku pokoju.



Oprócz mnie w pokoju nocuje też Bartek i Paweł z Lublina, którzy przyszli tutaj z Ustrzyk Górnych czerwonym szlakiem. Paweł również fotografuje, udziela mi kilka cennych dla mnie lekcji, chyba nigdy tego nie ogarnę. Wieczór spędzamy na rozmowach o Bieszczadach i górach Ukrainy i Rumunii. Sprzed schroniska widać pożar na Połoninie Pikuja na Ukrainie, oddalonej o około 50 km, pali się pali. Czas ucieka szybko, zbyt szybko, trzeba iść spać.


Poniedziałek, 02.11.15 Chatka Puchatka - Chata Socjologa


Wstajemy kilka minut po 6.00, znów budzik nie był mi potrzebny. Z pokoju widać piękny wschód słońca nad połoniną caryńską, wychodzę na zewnątrz mimo silnego wiatru zrobić trochę zdjęć, kolory tuż po wschodzie są wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Robimy sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie przed chatką i o godzinie 8.00 żegnamy się i ruszamy w przeciwnym kierunku.


Schodzę z Wetlińskiej do Berehów górnych, słońce świeci prosto w twarz, jest bardzo gorąco, mam wrażenie że jest cieplej niż latem, mimo że znów przebrałem się na krótkie spodenki.







Tutaj jesień jest jeszcze kolorowa, na tle rudych buczyn wyróżniają się żółte topole i brzozy, po drodze można spotkać mnóstwo róży dzikiej i owocującego jałowca. Mijam punkt kasowy z korzyścią dla mnie, cóż - nikogo nie zastałem w środku, nie będę czekał.


Teraz czeka mnie strome i męczące podejście na Caryńską. To podejście zawsze mnie męczy, nawet jak jestem w formie. Strumienie mają niski poziom wody, ciężko zanurzyć butelkę, żeby nabrać wody. Patrząc na ściółkę aura typowo wiosenna, cicho i spokojnie, nie słychać żadnego człowieka, tylko śpiewające i ćwierkające ptaki. Kolejna przerwa przy wiacie na ciepłą herbatę i chałwę, która potrafi dać "kopa" energetycznego.



Wyszedłem już z lasu, jest niesamowicie cicho i bezwietrznie, nawet nie marzyłem o takich warunkach. Popijam kolejne ilości płynów i napełniam butelkę wody z podziemnego źródełka przed szczytem. Na szlaku spotykam zaledwie kilka osób, przede mną góry Ukrainy całe pokryte dymem, który osiadł w dolinkach po pożarze na Pikuju. W chmurach szybują i kraczą kruki, słychać je z oddali, wiatr niesie dźwięk.

Kilkanaście minut po godzinie 11.00 docieram do miejsca, gdzie odbija zielony szlak łącznikowy do schroniska studenckiego na Kolibie. Z góry w oddali widzę pasmo Otrytu, które jest moim celem dzisiejszego dnia. Zejście północnym stokiem jest w dużej mierze pokryte szronem w zacienionych miejscach a na szlaku można zaobserwować zjawisko resublimacji. Rok temu w grudniu szedłem tędy od drugiej strony, oj to było męczące, oblodzone podejście.

Zaliczyłem pierwszy upadek, poślizgnąłem się na liściach. Na tym odcinku jest piękny las, ogromne i stare brzozy, mnóstwo jałowca i wiele innych rodzai drzew. Docieram do schroniska, gdzie przed wejściem "pilnuje" wielki wilczur. Miałem początkowo obawy do podejścia, ale jak zaczął merdać ogonem wiedziałem już, że jest pozytywnie nastawiony. Zawitałem do środka, przybiłem pieczątkę do książeczki GOT, podładowałem trochę telefon, aby w razie kłopotów mieć kontakt ze światem, napełniłem termos, zjadłem pyszne pierogi ruskie z cebulką; porozmawiałem chwilę z parką, która również zatrzymała się tutaj na przerwę i posiłek, wysuszyłem trochę ubrania i dalej w drogę. Po godzinnej przerwie chciałoby się zostać na dłużej i posiedzieć na balkonie w ciepłym słoneczku.

Kolejny odcinek to droga na Przysłup Caryński, jedno z tych bardziej stromych podejść w Bieszczadach, aż stwierdziłem że wezmę jakiegoś kijka do podpierania, bo momentami jest ciężko. Mały kijek, ale pomógł do podpierania się. Suche, śliskie liście i ruchome skały utrudniają strome podejścia. Kończy się szlak zielony, zaczyna się niebieski.




Droga na Magurę Stuposiańską jest całkiem przyjemna, nie jest już tak stromo, wokół przeważa buczyna, zdarzają się pojedyncze świerki. Teraz ponad dwie godziny zejścia przez las do Dwernika. Maszeruję mi się przyjemnie i lekko, cieszę się z pięknej słonecznej pogody, która ma dominować do końca tygodnia. Jestem już blisko, słyszę w oddali pracę pilarzy, droga mi się dłuży, ostatni odcinek prowadzi ścieżką po zrywce drewna. Jestem na asfalcie, do celu pozostało mi około półtorej godziny.

Mimo asfaltu idzie się fajnie, dookoła kolorowa, złota jesień. Zastanawiam się czy natrafię na jakiś sklep, jednak nic z tych rzeczy. Zatrzymuję się na moście przy Sanie do którego wpływa rzeka Dwerniczek, robię kilka zdjęć i ruszam dalej prosto do Chaty. Cieszy mnie, że już kiedyś tędy schodziłem i wiem jak wygląda podejście do góry.




Jest 15.20, znak w Dwerniku pokazuje 50' do chaty. Wchodzę na szlak, gdzie prowadzą dwie ścieżki - wybrałem tą złą, po zrywce drewna i muszę się wrócić kilkanaście metrów w dół, bo przez gęste zarośla nie da się przejść. Zaczyna zachodzić słońce, cieniuje i oświetla okoliczne górki. Po drodze co kilkanaście minut są ławeczki, z których korzystam aby złapać oddech. To drugi dzień wędrówki, jestem już bardzo wyczerpany, jestem szczęśliwy że już mam tak blisko. Przez żółte modrzewie widzę już lektorówkę, która jest 100 metrów od chaty, skracam sobie drogę i idę przez zarośla jeżynowe. Słyszą mnie psy: kazan i bryndza - szczekają. Droga zajęła mi dłużej niż pokazywał czas, to oznacza że naprawdę jestem zmęczony.

Jest 16.30, przed chatką stoi wpatrzony we mnie Lubosz, który jakby skądś mnie znał oraz Kasia. Tak, znamy się - byłem tutaj w grudniu z Mr. Wilsonem. Aha, i gotowaliście zupę z roślin i boczniaków, pamiętam - odpowiedział. Lubosz dał mi do zrozumienia, żebym czuł się jak w domu. Zrzuciłem plecak, usiadłem na kilka chwil aby złapać oddech i poszedłem do lasu z czołówką zebrać trochę drobnego drewna do kominka. Lubosz rozpala ogień w koksowniku, dzięki któremu jest cieplej w środku, Kasia częstuje mnie zapiekanką, podobną do tej, co robi moja Mama. Dobrze jest dobrze zjeść po takim dniu. W środku jest bardzo ciepło, spokojnie można siedzieć ubrany na krótko. W chacie prócz mnie jest Asia z okolic Wrocławia - przyjechała na kilka dni w Bieszczady aby odpocząć. Po chwili idę poleżeć na łóżko w rogu sali z widokiem na kominek, muszą trochę nogi odpocząć, bo jestem strasznie zmęczony a wiem, żę to minie po około pół godziny. Tak się stało - fizycznie czuję się o wiele lepiej. Rozmawiam z Asią o Biesach, czas swobodnie przemija na piciu herbaty, trzeba sie dobrze nawodnić. Zjadłem jeszcze trochę kaszy kuskus z orzechami włoskimi, ale jestem nadal głodny. Przed 21.00 jestem już sam na sali z kominkiem, zdecydowałem że tutaj będę spał. Jest świetnie, ciepło, przyjemnie, klimatycznie i spokojnie - czego chcieć więcej? Tak właśnie chciałem spędzić ten wieczór. Od dłuższego czasu odkąd tu jestem zastanawiam się czy nie zostać tu jutro na cały dzień. Nie z powodu kondycji, lecz uroku tego miejsca. Późnym wieczorem przychodzi na salę Ferdek z Anią(?), która jest z Izraela, rozmawiają po angielsku, nic nie rozumiem. Kładę się spać, ciężko mi zasnąć z powodu zmęczenia, mam tak czasami.

Wtorek, 03.11.15 Chata Socjologa



Budzę się o standardowej porze, jak co dzień. Decyzja zapadła - zostaję, nie śpieszy mi się, nie jestem zobowiązany wobec nikogo, sam decyduję o wszystkim, to lubię. Kolejny słoneczny dzień, aż chce się żyć. Przeglądam książki w schronisku o Bieszczadach, można się sporo ciekawych rzeczy dowiedzieć.



Pomagam trochę w sprzątaniu gospodarzom, idę na zewnątrz naznosić trochę drewna, które wskazał mi Lubosz, jednak w większości nie podołałem z racji zbyt ciężkich bukowych pniaków. Naznosiłem tyle ile dałem radę, a przy okazji zebrałem trochę grzybni żółciaka siarkowego o grubości przeszło 1 cm. To niesamowite jaka siła drzemie w grzybie, że potrafi złamać tak potężne buki. Nazbieraliśmy wspólnie kilka kartonów rozpałki, starczy na kilka dobrych dni. Nazbierałem też trochę drewna, żebym miał czym palić w kominku i nie musiał korzystać z zebranego już drewna przeznaczonego na zimę. W okolicy rośnie sporo drzew owocowych, jabłka, gruszki, śliwki - wiosną musi być tutaj przepięknie i kolorowo. Prócz tego ogromne, stare modrzewie, które pięknie barwią się na żółto i tracą igły na zimę. Idziemy wspólnie przejść się na pobliską łąkę, posiedzieć trochę w słońcu.

W chacie Kasia robi zapiekanki z wyschniętego chleba, natomiast ja zabieram się za podpłomyki z cynamonem na słodko z dodatkiem zmielonych orzechów włoskich, które zabrałem ze sobą w góry. Wyszło kilkanaście sztuk, szybko się rozeszły co znaczy, że smakowały a to najbardziej cieszy. Wieczorem Kasia ponownie zrobiła zapiekankę, którą zostałem poczęstowany, nie ukrywam że dobrze się najadłem. Jest ciemno, za oknem gwieździste niebo, udało mi się sfotografować drogę mleczną. Wieczór spędzam przy kominku i ognisku. Ferdek i Ania również zostali tego dnia w Chacie. Może się wydawać - co tu robić cały dzień siedząc w jednym miejscu, mimo wszystko łatwo znaleźć sobie zajęcie a czas i tak mija za szybko. Nasuwa się stare i prawdziwe powiedzenie "wszystko co dobre, szybko się kończy". Idę spać pozytywnie nastawiony na następny dzień, gdzie czeka mnie długa droga.

Więcej zdjęć w galerii:
https://picasaweb.google.com/104572263095461936350/311015101115Bieszczady