czwartek, 31 sierpnia 2017

Dzień jak codzień, sierpień

Sierpień. Po powrocie do domu po czterech miesiącach czasu zacząłem na nowo odwiedzać stare miejscówki. Ten miesiąc zacząłem od wschodu słońca...

Przed wschodem
01.08 Latem rzadko wybieram się na wschód słońca, jednak o tej porze słońce pojawia się nad drzewami w dobrym miejscu do zdjęć. Wschód słońca jest o 5.15, pół godziny wcześnie pasuje być na miejscu, żeby rozłożyć się, ewentualnie przebrać i przemyśleć kadr i oczekiwać na dany moment. To był udany zdecydowanie udany wschód. Kilkanaście minut po 6.00 byłem z powrotem w domu.


Wschód słońca
Spod brzozy
W okolicach 5.00
08.08 Ponownie wybrałem się na wschód słońca z nadzieją na mgły i światło przebijające się przez mgłę. Jest po deszczach a o poranku ma się poprawić pogoda, jest więc dobra szansa na sprzyjające warunki do zdjęć. Szybkie pakowanie się, zabieram gumiaki na zmianę, bo jest mokro. O godzinie 5.00 jestem na miejscu, jednak mogłem być o wiele wcześniej.




Zaraz pojawi się słońce
Mgła i moment gdy robi się jasno, powoduje świetny mroczny klimat nad stawem...  Warunki nie wskazują na to, że coś się zmieni, jednak czekam, bo natura potrafi zaskoczyć. Obserwuję jak przemieszczają się mgły. Po 30 minutach mgła zmienia się w lekko żółtą barwę, po czym pojawia się w oddali tarcza słoneczna. Wszystko trwało kilka minut, zrobiłem kilka zdjęć i obrałem kierunek w inne miejsce a mgła pokryła w całości stawy.

Warto czekać
Las łęgowy z domieszką wierzby
 Wybrałem się na torfowiska niskie, które wyschły i zarosły trzciną. Jesienią i zimą znów będzie tu pełno wody. Jednak chodzenie jest trudne, gumiaki zapadają się w błocie. Chwilę później wracam do domu.









W międzyczasie kilka dni spędziłem w Bieszczadach o czym napisałem wcześniej na blogu...

Wydrukowałem kilka zdjęć




Poranne mgły w sierpniu o 4.40 rano


Krwawnica pospolita
29.08
Zwyczajny, słoneczny i ciepły dzień w poszukiwaniu roślin, które wpadną na kartę do aparatu. Udało się znaleźć ładną koniczynę białoróżową i, krwawnik i pyleniec pospolity. Trafiłem też na motyla, modraszek ikar, wyróżniał się na tle żółtej trawy.






Modraszek ikar

21-25.08.17 - Sierpniowe Bieszczady

Kolejny raz w Bieszczadach, ale dopiero trzeci raz w okresie wakacyjnym. Można powiedzieć że to był spontaniczny wyjazd, żeby odpocząć ale jednocześnie coś zobaczyć. Pojechaliśmy we trzech... Planowaliśmy tydzień, jednak wyszło tylko pięć dni.


Pierwszy dzień był sztywny - dojeżdżamy do Cisnej, przepakowujemy się i idziemy czarnym szlakiem na Łopiennik. W schronisku przy jedzeniu jednak rozleniwiliśmy się i poszliśmy tylko nad Solinkę. Spontanicznie rzuciłem hasło: dobra, to chodźmy na Jasło na zachód słońca. Chłopaki podchwycili temat i zaczęli mnie namawiać, żebyśmy faktycznie poszli. Nie byłem pewien czy zdążymy na zachód, w końcu to kawał drogi pod górę lasem, jednak namówili mnie i o 17.30 ruszamy. Ten szlak jest mi znany, szedłem nim już pięć razy, jednak za każdym razem trafiłem na mgłę.

Dobrze, że zabrałem cały sprzęt do fotografii ze sobą. Dwie godziny później jesteśmy na górze, zdążyliśmy zobaczyć ostatnie promienie słoneczne chowające się za warstwą chmur nad horyzontem. Sierpień to czas w Bieszczadach, kiedy połoniny tracą swoją zieleń, trawy się żółcą a borówki czerwienieją i rudzieją. O poranku w dolinach jest mgła, powoli zbliża się jesień.




Wracamy po zmroku, po ciemku z latarkami. Okazja na nocne zdjęcia w lesie. Przecinając leśną sokówkę nad nami doskonale widać drogę mleczną. Zdążyliśmy nawet z powrotem do Cisnej przed 22.00 żeby do sklepu wstąpić.


W nocy pod namioty podchodził lis, słyszałem że próbuje dostać się do mojej menażki ale przepędziłem go i poszedł do drugiego namiotu. W południe pod schronisko podchodzi jeleń, zwany Fernando, w maju dopiero co rosło mu poroże...








Dzisiaj plan to przejść Rabską Doliną przez Żebrak w lasy pod Chryszczatą. W lesie spokój, nie spotkaliśmy zwierzyny, prócz salamandry. Pogoda w sam raz aby spędzić noc w leśnej chatce. Jest pochmurno, pada, momentami chłodno a w kolejne dni ma być lepiej. Czas wolno i przyjemnie leci. Jedyne co przeszkadza to popielica hałasująca w nocy.



Wracamy przez takie wioski jak Mików i Smolnik, gdzie udaje nam się złapać stopa we trzech prosto do Cisnej do schroniska pod Honem. Tego dnia już nigdzie nie wychodzimy, jedynie co to planujemy kolejny dzień tak, aby nie nosić zbędnego ekwipunku.

Tak jak zapowiadano - jest przejrzyste niebo, warto wybrać się w góry, dzisiaj Bukowe Berdo przez Tarnicę do Wołosatego. Bez problemu dostajemy się do Ustrzyk Górnych gdzie zostawiamy depozyt w schronisku i bierzemy miejscówkę pod namiot na noc. Dalej podjeżdżamy do Mucznego, skąd szybkim krokiem udajemy się na Bukowe.

Kolejny raz robię tą trasę, przyjemna i niezbyt wymagająca a przede wszystkim dużo widoków. Przy zejściu z Tarnicy uciążliwymi schodami zabolało mnie coś w kolanie - czyżby wychodziły skutki ostatniego marszu? Z trzema przerwami udaje mi się zawitać w Wołosatym, jednak myślałem, że będzie ciężko. Później mi przeszło i do dzisiaj nie miałem podobnej sytuacji, być może coś jednorazowego. Z racji, że zostało nas dwóch i mamy jeden namiot, w pewnym sensie spaliśmy we dwóch pod namiotem - trzeba sobie jakoś radzić. Jakoś wolę namiot, niż pokój wieloosobowy. Mam pewność, że się wyśpię i niczym się nie przejmuję.

Dzień autostopowy. Podjeżdżamy w kilka miejsc nad San zaczynając od Procisnego. Tutaj Wołosate wpływa do Sanu. Występuje tutaj tojad wschodniokarpacki, to jedno z jego stanowisk w Bieszczadach. Oprócz tego strome zbocze porasta ogromny pióropusznik strusi, robi wrażenie. Dalej do Dwernika, gdzie na Sanie widać pokaźne kaskady. Pogoda jest idealna na wypoczynek nad rzeką.



Robimy tutaj dłuższą przerwę i zastanawiamy się co dalej, skoro jutro wracamy. Po dwóch godzinach podjechaliśmy do Berehów Górnych a dalej do Wetliny. Odwiedziliśmy Schronisko pod Wysoką Połoniną, gdzie zjedliśmy smaczny obiad. No i wróciliśmy do Cisnej. Musiałem stąd odebrać pozostałe rzeczy, które były jako depozyt podczas marszu dookoła Polski.




Z utęsknieniem wyczekuję jesieni, wtedy ponownie zawitam...

sobota, 19 sierpnia 2017

Mydlnica lekarska i jej saponiny

Higiena w terenie to ważna rzecz, szczególnie kiedy przebywamy w lesie kilka lub kilkanaście dni. Ciało kiedy jest czyste lepiej oddycha, człowiek czuje się bardziej komfortowo, efektywniej wypoczywamy i śpimy. Brudne ręce zawsze można wyczyścić piaskiem, ale co z resztą? Co jeśli będziemy chcieli wyprać bieliznę i skarpety, ale nie mamy ze sobą domowego mydła? Można użyć zwykłej wody albo skorzystać z tego co oferuje nam natura.

Mydlnica lekarska (Saponaria officinalis) - roślina z rodziny goździkowatych, choć na taką nie wygląda. Występuje pospolicie na terenie całego kraju na terenach piaszczystych, ruderalnych, często można ją spotkać na brzegach jeziora lub rzeki więc przyjemne z pożytecznym. Kwitnie od czerwca do września, jednak wcześniej możemy wykorzystywać same liście lub korzeń, który zawiera najwięcej saponin. Kwiaty przeważnie są różowe, biało-różowe, rzadko białe o łagodnym zapachu.



Mydlnica posiada właściwości myjące i pieniące, dzięki zawartym saponinom w liściach i w korzeniu. Wystarczy zerwać liście, rozetrzeć je w rękach i połączyć z wodą. Zauważymy dużo piany, tak jakbyśmy korzystali ze zwykłego mydła. Po kąpieli w jeziorze z użytkiem mydlnicy człowiek jest rześki i pachnący, od razu lepiej. O wiele lepszy skutek przyniesie też pranie z dodatkiem mydlnicy niż samo wypłukanie w wodzie.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wiata na drewno

Zdarza się, że wielu z nas ma w swojej okolicy miejsce, które często odwiedza. Mam i ja takie miejsce, w którym swego czasu zrobiłem małe obozowisko. Ławeczka do siedzenia, klimatyczny konar i palenisko obłożone kamieniami. Wokół zawsze też jest nazbierane trochę drewna na ognisko.

Stara, zniszczona wiata
Kilka razy idąc na ognisko po większym deszczu, musiałem rozłupywać grubsze kawałki, żeby dostać się do suchego drewna, po czym strugać wióry, żeby uzyskać suchą rozpałkę. Jest to czasochłonne, kiedy na chwilę, na wieczór idę posiedzieć, zrobić coś przy ogniu. Pomyślałem sobie, że warto zbudować małą wiatę o strukturze szałasu, pod którym będę trzymał różnej wielkości patyki na rozpałkę i opał tak, aby inne wilgotne drewno zajęło się. Wiata po niespełna roku czasu rozpadła się.

Odbudowana

Obecnie poprawiłem i wsparłem konstrukcję. Ułożyłem poprzeczne patyki, na który rzuciłem chrust świerkowy, całość zakryłem kawałkami kory i suchymi liśćmi. Wszystko to przykryłem patykami tak, aby silny wiatr nie zwiał liści. Drewno ułożone jest nad ziemią na konstrukcji z kilku grubszych gałęzi. Dodatkowo wiata jest zrobiona pomiędzy dwoma drzewami, co również zabezpiecza przed ewentualnym deszczem.



Kiedy budujemy szałas, w którym nocujemy warto przeznaczyć trochę miejsca na suche drewno. Jeśli często nocujemy w takim miejscu, drewno można chować po prostu w szałasie i też nie zamoknie.


poniedziałek, 31 lipca 2017

121 dni pieszo dookoła Polski

121 Dzień, przystanek Przejazdowo
To właśnie z tego przystanku 4 miesiące temu zaczęliśmy naszą wędrówkę...
121 dni marszu, ponad 3500 km pieszo dookoła Polski. Najpierw wzdłuż granicy Rosji, Litwy, Białorusi, Ukrainy, po czym Słowacja - Beskidy, Tatry, Czechy - Sudety i Karkonosze; dalej wzdłuż Niemiec a na końcu wybrzeże Bałtyku... Ale od początku...

Finał

Początek plażą
Pierwotnie naszą trasę zaczęliśmy z Bieszczad 7 marca, jednak po pięciu dniach brodzenia w śniegu po kolana wróciliśmy do domów, przemyśliwając sytuację. W sumie już w górach podjęliśmy decyzję, że skoro wracamy to za dwa dni trzeba ruszyć z innego miejsca wzdłuż innej granicy. Padło na okolice Gdańska w kierunku wschodnim. Musieliśmy wybrać północ Polski, akurat jak dotrzemy ponownie w Bieszczady to śnieg stopnieje, kolejną niewiadomą były Tatry.


Gdzieś przy kamieniołomie
Podmokła Puszcza Romincka
16 marca zaczęliśmy nasz marsz, najpierw Mierzeją Wiślaną po czym omijając Zalew zaczęliśmy z Fromborku granicę z Rosją, gdzie od razu zaczęły się pierwsze kontrole straży granicznej. Ta granica zdecydowanie była najnudniejsza z wyjątkiem Puszczy Rominckiej. Dużo nadłożyliśmy tutaj kilometrów, bo ciężko było iść równo, w miarę wzdłuż granicy. Kolejna granica z Litwą, gdzie kilka dni mamy spokój z kontrolami straży.



Sasanka w Puszczy Augustowskiej
Dzielimy sobie każdy odcinek trasy na granicę wzdłuż której idziemy. Przeszliśmy przez Puszcze Augustowską, gdzie odwiedziliśmy kolejny trójstyk granic, po czym zaczęliśmy iść wzdłuż Białorusi. Przy tej granicy jest najdalej wysunięty punkt Polski na wschód. Nasza droga przebiega w większości przez asfaltowe, kamieniste, żwirowe, piaszczyste, polne i leśne podłoże, jednak byliśmy na to przygotowani. Odwiedziliśmy na trasie Białowieski Park Narodowy.


Bug
Puszcza Białowieska

Bieszczady, w drodze na Przełęcz Bukowską
Po 31 dniach dotarliśmy na trójstyk granic z Ukrainą i Białorusią przy Bugu. Granica z Ukrainą była naszą ostatnią, po czym miał się zacząć zupełnie nowy etap wędrówki czyli Góry. Momentami, tam gdzie się da idziemy wzdłuż rzeki, w większości jednak najbliższymi drogami. Kilka dni później docieramy do miejsca, gdzie Bug wypływa z Ukrainy, to też był jeden z naszych punktów kontrolnych. Za Przemyślem zaczęło się Pogórze Przemyskie, dokładnie Kalwaria Pacławska zapoczątkowała etap górski.

Krzemieniec
Dalej zaczęły się już znane tereny czyli Bieszczady i kolejny punkt do zaliczenia czyli źródła Sanu. Tym sposobem skończyły się notoryczne kontrole straży granicznej, z naszych obliczeń wyszło, że mieliśmy łącznie około 120 kontroli, na co straciliśmy około półtorej dnia
.





Na Krzemieniec - trójstyk granicy z Ukrainą i Słowacją dotarliśmy po 49 dniach. Udało się i prawie cały śnieg na granicznym szlaku stopniał, bo około 300 metrów szliśmy po zalegających, ubitych płatach śniegu. Dzień później z Roztok Górnych zjeżdżamy do Bacówki pod Honem w Cisnej, gdzie zaplanowaliśmy naszą drugą przerwę na regenerację i odpoczynek. Niesamowite jakie uczucie towarzyszy człowiekowi, kiedy po 50 dniach marszu zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy nawet w połowie naszej trasy a zaczynamy góry czyli najbardziej wymagający odcinek. Zdecydowanie przygraniczne tereny Bieszczad i Beskidu Niskiego były najbardziej dzikie na całej naszej trasie - w ciągu 4 dni marszu spotkaliśmy tylko dwóch ludzi.

Tatry w kierunku Wołowca
W Tatry dotarliśmy późnym wieczorem 14 maja, gdzieś w Tatrach wypadał nasz półmetek wędrówki. Planowo tak mniej więcej zakładaliśmy. Tutaj również mieliśmy szczęście, bo od 15 maja otwierane są zimowe szlaki, które szybko są wydeptywane. W ostatnim czasie stopniało też dużo śniegu, co umożliwiło nam drogę granią, czerwonym szlakiem. Odpuściliśmy Rysy, tam potrzebne było doświadczenie, raki i czekany, warunki były nie najlepsze. Kolejne pasmo to Beskid Żywiecki i słynna Babia Góra. Tego dnia było słonecznie i dosyć parno, z daleka było widać jak nad Babią wisi chmura. Na szczycie gęsta mgła i silny wiatr który prawie nami przewracał.


Wiatr, Babia Góra
Skończyliśmy Słowacką granicę i przy trójstyku z Czechami rozpoczęliśmy najdłuższy odcinek graniczny 796 km. Już mamy prościej bo możemy bez problemu przechodzić przez granicę i wyznaczać nasz własny szlak. Za krótkim Beskidem Śląskim upuszczamy Beskidy i na kilka dni schodzimy z gór, do czasu aż zaczną się Sudety, które są o wiele mniej wymagające. Czerwiec zaczynają się pierwsze dni z ostrym, letnim słońcem. Po przejściu przez Góry Opawskie dużo jest odcinków kiedy idziemy po równym terenie. Zdecydowanie bardziej dzikie tereny przy granicy z Czechami to Kotlina Kłodzka, Masyw Śnieżnika, gdzie mieliśmy największą ulewę i burzę na trasie.

Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych
Kolejne z ciekawszych miejsc to Park Narodowy Gór Stołowych, po czym przeszliśmy w Karkonosze. Jeśli chodzi o góry, to zdecydowanie najwięcej ludzi było w Karkonoszach, tym bardziej że trafiliśmy jakiś długi weekend. Po przejściu kolejnego pasma górskiego zostało kilka dni po równym terenie do trójstyku granicy z Niemcami. Dotarliśmy tam po 95 dniach marszu. Nie będą nam się już śniły po nocach biało-czerwone betonowe słupki graniczne z Czechami i Słowacją. Już praktycznie wiemy, że się uda. Przyśpieszamy nieco tempo marszu, robimy więcej kilometrów w ciągu dnia.

Nocleg nad Odrą
Maszerujemy najbliższymi drogami wzdłuż Nysy Łużyckiej przez Bory Dolnośląskie, Krajobrazowy Park Łuk Mużakowa, aż docieramy do miejsca gdzie Nysa wpływa do Odry. Dwa dni szliśmy po niemieckiej stronie ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. Zobaczyliśmy też ujście Warty, zdobyliśmy kolejny najdalej wysunięty punkt Polski na zachód. Zaczęliśmy się zbliżać do Bałtyku coraz bliżej. Pocisnęliśmy więc około 47 kilometrów w stronę Nowego Warpna, gdzie kolejnego dnia chcieliśmy przeprawić się przez Zalew Szczeciński. Wiał wiatr, mało kto wypływał na drugą stronę zalewu, więc okazji nie złapaliśmy. Dogadaliśmy się ze Zbyszkiem, który swoim małym jachtem przeprawił nas na drugą stronę. Półtorej godziny płynęliśmy na bujających falach. Tutaj emocje były większe jak podczas niedźwiedzi w Bieszczadach. W Świnoujściu podeszliśmy pod granicę polsko-niemiecką, robiąc pamiątkowe zdjęcie przy obelisku.

Woliński Park Narodowy, klify
Zachodzące słońce
Wybrzeże - ostatni odcinek, nawet nie wiemy ile nam dokładnie kilometrów zostało, ale z każdym krokiem coraz mniej. Wyspa Wolin i Woliński Park Narodowy, tutaj można zobaczyć największe klify z plażą, gdzie leżą ogromne kamienie. W Międzywodziu musieliśmy zrobić dzień przerwy, nadwyrężyłem śródstopie z powodu tak długiego marszu bez podeszwy w bucie. Następnego dnia jest lepiej, jednak wiem że do końca sytuacja się nie poprawi. Idziemy plażą po ubitym piasku, lasem albo ścieżką rowerową. Omijamy wszystkie kanały rzeczne i porty.

Obumarły ols na wydmach w Słowińskim Parku
W Ustce musieliśmy ominąć poligon wojskowy nadkładając kilometry po asfalcie. Myśleliśmy, że nad morzem będzie najgoręcej, jednak wcale tak nie jest. Temperatura jest idealna, do tego wieje zachodni wiatr w plecy. Nocujemy bezpośrednio na plaży lub w lesie. Ostatni na naszej trasie Słowiński Park Narodowy przechodzimy plażą, gdzie trafiamy na konkretną burzę pomiędzy Bałtykiem a jeziorem Gardno. Pozostał nam jeszcze Hel - w jedną stronę idziemy pieszo, pod kopiec Kaszubów. Jednak z powrotem, żeby nie nadkładać kilometrów wracamy busem. Czasami zdarzało nam się korzystać z autostopu, żeby podjechać do sklepu czy na nocleg, jednak zawsze wracaliśmy i kontynuowaliśmy marsz z tego samego miejsca. Do przejścia pozostało nam tylko Trójmiasto, które przeszliśmy najszybszą drogą.

15 lipca, około 21.30 dotarliśmy na przystanek Przejazdowo, skąd zaczęliśmy marsz w kierunku wyspy Sobieszewskiej a przez Mierzeję Wiślaną...

Podziękowania przede wszystkim dla Bacówka PTTK pod Honem w Cisnej za wsparcie i ogólną pomoc na szlaku podczas naszej wędrówki. Byliście od początku do końca!
 
Dziękujemy też wszystkim ludziom spotkanym, którzy nas przenocowali, pomogli, wskazali drogę drogę...
4 miesiące marszu to dobry sprawdzian dla sprzętu który się ze sobą zabrało. Zniszczyliśmy tylko buty, reszta ponownie dobrze się sprawdziła. Powstało kilka pomysłów co zmienić w swoim ekwipunku, ale to drobnostki. Przeszliśmy przez 11 województw, 10 parków narodowych. Zobaczyliśmy najdalej wysunięte punkty Polski na północ, południe, wschód i zachód. Byliśmy na wszystkich trójstykach z graniczącymi państwami. Najniższa temperatura na szlaku wyniosła -6 stopni, natomiast najwyższa około 35 stopni, w ciągu takiego dnia wypiłem 6 litrów płynów. Najwięcej w ciągu dnia przeszliśmy 47 km a najdłużej szliśmy około 13 godzin w górach. Mieliśmy każdą pogodę: konkretna burza z mniejszym lub większym deszczem albo gradem, po czym pojawiała się tęcza, kilkudniowa mgła, silny wiatr utrudniający drogę, trafiliśmy też na wiosenną śnieżycę.

Słowiński Park Narodowy
Nabyliśmy nowe, cenne doświadczenie. W międzyczasie powstało kilka nowych pomysłów na wędrówkę. Czas zregenerować się, odpocząć i ogarnąć sprzęt na kolejny szlak. To była naprawdę długa trasa pod względem czasu i kilometrów. Sukcesem długodystansowego szlaku jest odpowiednie nastawienie i odpowiednio dobrany ekwipunek na plecach... Że tak wstać jutro po prostu i nigdzie nie iść?

Zmiany, zmiany - czyli złe dobrego początki...

Na szlaku granicznym leży jeszcze sporo śniegu, w którym zapadamy się przeważnie po kolana. Towarzyszą temu setki złamanych i przewróconych drzew, które trzeba ominąć, lub jakoś się przecisnąć - rakiety śnieżne nie zdały by tutaj egzaminu. W takich warunkach wędrówka nie należy do dużej przyjemności, nie jest też możliwe wykonanie planowanego kilometrażu. Czas na przejście w plan awaryjny...

Start - Bacówka Pod Honem w Cisnej
Po 5 dniach w lesie przeszliśmy niespełna 70 km, natomiast dnia wczorajszego zeszliśmy do Jaślisk do schroniska, gdzie przenocowaliśmy. Dzisiaj wróciliśmy do domu z zamiarem rozpoczęcia trasy z nowego miejsca od nowa. Za 3 dni w czwartek zaczynamy z Gdańska w kierunku wschodnim, przez ten czas śnieg w górach stopnieje i umożliwi nam wędrówkę w ludzkim tempie...
Wrzucamy kilkanaście zdjęć i krótki opis naszej trasy....

Zasypane śniegiem betonowe słupki graniczne
Pierwszy dzień, Bacówka pod Honem, wypoczęci zjedliśmy obfite śniadanie, ustaliliśmy szczegóły i pojechaliśmy do Roztok górnych, skąd zaczęliśmy dreptać. Śnieg jest zmrożony, więc da się iść, momentami tylko się zapadamy. Mamy nadzieję, że dalej i na niższej wysokości będzie go mniej, jednak wcale na to się nie zanosi. Pogoda nam dopisuje, momentami przyświeca słońce. Dotarliśmy na Balnice, gdzie rozbiliśmy namioty, przeszliśmy 16 km.


Dzień krótki, czasu mało
Drugiego dnia pojawiają się ostrzeżenia na szlaku o niedźwiedziach - słusznie, spotkaliśmy tropy niedźwiedzi 10 razy przez kilka godzin, jednak to nic dziwnego w mniej uczęszczanych rejonach Bieszczad. Robi się mgliście, wieje wiatr, pojawiają się pierwsze oznaki wiatrów z ubiegłych tygodni... Są odcinki, gdzie przez 200 metrów nie ma śniegu, w zależności od stoku gdzie pada słońce. Warunki zimowe, próbujemy nadrobić po zmroku, jednak ilość przewróconych drzew, śnieg i mgła na to nie pozwala. Rozbijamy namioty na uboczu , jutro będziemy kontynuować. Jesteśmy w okolicy Magelin Grun.

Mroczny las
Kolejnego dnia widok o poranku całkiem zaskakujący. Nie widziałem nigdy tak zniszczonego lasu, zarówno jak nie miałem okazji iść w takich warunkach. Leszczyny i brzozy powyginane od śniegu, a jodły i świerki przewrócone od wiatru prosto na szlaku. Przeszliśmy tylko 10 km i stwierdziliśmy że zanocujemy w małym domku po słowackiej stronie tuż przed przejściem granicznym w Radoszycach.



Tutaj zapadła decyzja o powrocie i zmianie planów
Kolejny dzień, kolejne zmagania się z drzewami. Słupki graniczne w większości są zasypane śniegiem. Zastanawia nas, czy ktoś posprząta ten szlak, jak to będzie wyglądać na wiosnę? Przeszliśmy na niższe wysokości, warunki również nie są optymistyczne. Przeszliśmy przez Wielki Bukowiec i przenocowaliśmy w takim samym domku jak poprzedniego dnia. Musieliśmy jednak wcześniej odkopać drzwi od śniegu. Dzień piąty, wiatr nadal się nie uspokaja. Spotykamy ślady człowieka po rakietach śnieżnych, widać że się zapadał w śniegu. Przebrnęliśmy jeszcze kilka kilometrów i przeszliśmy rezerwat Źródliska Jasiołki.