niedziela, 31 stycznia 2016

Dzień jak co dzień, styczeń

Styczeń. Zaczął się zimą, skończył się wiosną. Był mróz, śnieg, deszcz, odwilż... Chciałbym jeszcze zimę.

2-3.01 Tego dnia zapowiadają najniższe temperatury w moich okolicach, jest to doskonała szansa aby sprawdzić swój śpiwór i ubrania podczas nocy w lesie. Przed 15.00 docieramy na miejsce i zajmujemy się zbiorem drewna na całą noc. Zbieramy bukowe suche kłody i grubsze długie gałęzie, niech płonie godny ogień i będzie ciepło przy ognisku podczas gdy wokół ostro mrozi. Dawno takiego dobrego ogniska nie zrobiliśmy, duży i ciepły płomień. W nocy niedaleko nas podszedł lis, przyświeciłem mu czołówką w oczy. Trzeba w odpowiedniej odległości od ogniska trzymać wodę w butelkach, która szybko zamarza.

Kolega spał lub próbował spać przy ogniu. Ja położyłem się kilka metrów dalej, aby żadna iskra na mnie ni spadła. Plandeką odsłoniłem się jedynie od wiatru. Nie izolowałem się od podłoża, położyłem jedną warstwę plandeki i na to karimatę.  Rankiem termometr wskazał -17°C. Racja, po kilku minutach bez rękawiczek ręce kostnieją, trzeba znów się ogrzać. Spałem w kalesonach termoaktywnych, skarpetach wełnianych, bawełnianej koszulce i czapce. Po kilku godzinach czułem zimno idące od podłoża w karimatę, jednak w odpowiedniej pozycji nie odczuwałem tego dyskomfortu, podłożyłem polar i było ciepło.

Głowę trzymam poza śpiworem, wydychana para wodna zamarza na plandece i trochę na karimacie. Spałem łącznie 5 godzin bez obudzenia się. Podczas gdy zaczęło się robić jasno wstałem i ubrałem się. Las powoli budzi się do życia, długo robi się jasno. Dopalamy ognisko, pakujemy się i ruszamy. Mróz nie ustępuję, temperatura w granicach -15°C, marsz w takich warunkach jest bardzo przyjemny, rześkie, czyste powietrze. Łąki oszronione bielą, trawy świecą do słońca, odbijają światło. Zapowiada się słoneczny dzień. Cieszy mnie, że udało mi się skorzystać z mrozu i sprawdzić sprzęt. Szkoda że nie było śniegu, byłoby bardziej klimatycznie.

07.01 Kilkanaście metrów obok mojego już zniszczonego, czteroletniego szałasu zorganizowałem sobie miejsce aby wychodzić do lasu żeby posiedzieć przy ognisku ewentualnie coś poćwiczyć, porobić na szybko... Kilkustopniowy mróz i lekko oszronione drzewa skłonił mnie do wyjścia do lasu. Bukowe, suche i grube patyki jako opał, także przy ognisku jest bardzo ciepło, tym bardziej jak zgromadzi się już trochę żaru. Lekko prószy śnieg, pustka w lesie i cisza. Oczywiście zjadłem coś dobrego znad ogniska. Nazbierałem też trochę drewna na przyszłość, przy okazji niech się suszy.


16.01 Spadło jak na obecne zimy sporo śniegu, stwierdziłem że pochodzę zimą po lesie, odwiedzę stare, znane mi miejsca. Spakowałem też hubkę i krzesiwo do poćwiczenia. Czuć delikatny mróz, ale to nie to co było na początku roku... strumień już swobodnie płynie. W lesie widać mnóstwo śladów żerowania saren i dzików, rozkopują ściółkę. Spotkałem przebijające się przez śnieg kosaćce żółte, racja, zapowiadają odwilż, ale tak wcześnie... W pewnym momencie rozchmurzyło się i zrobiło się słonecznie. Skierowałem się w miejscówkę pod świerki i rozpaliłem ognisko i poćwiczyłem trochę krzesiwo tradycyjne. Miałem krzesiwo, kwarc, trochę krzemienia, hubiaka, błyskoporka i murszaka. Ciężko było mi ugasić błyskoporka, pamiętajcie że zakopanie go w śniegu nic nie pomoże, najlepiej dobrze odciąć tlący się kawałek lub obficie polać wodą, w końcu to ćwiczenia więc hubka spokojnie może nam wyschnąć. W międzyczasie nad ogniskiem piecze się kiełbaska z cebulką, którą zjadam z czosnkowymi grzankami. Dodatkowo słodka herbatka z termosu, jakoś przed zmrokiem zwijam się i idę do domu.

 
23.01 Kolejna sobota, tym razem słoneczny dzień w porównaniu do kilku ostatnich. Z dniem dzisiejszym następuje odwilż, od kolejnych dni zapowiadają dodatnie temperatury i mrozy mają ustać. Zaplanowałem sobie trasę, spakowałem plecak i ruszyłem w drogę. Odwiedziłem stawy - skute lodem. Bobry coraz więcej żerują a kilka lat temu ich tutaj nie było. Pustki. W okolicy krążą myszołowy. Ciepła herbatka z termosu do tego słońce na lekkim mrozie - trzeba się naładować trochę naturalną energią.


Poszedłem w las w podmokłe miejsce, które obecnie jest zamarznięte, można pozwiedzać takie okolice zimą. Jednak w niektórych miejscach lód topniał, załamywał się, nie ryzykowałem, żeby nie zmoczyć się zbyt bardzo bo jest tam głęboko. Spotkałem kilka gniazd ptaków zrobionych z mchu. Znalazłem też drzewo, które podstawy jest puste w środku i wypalone, może mały pożar, albo piorun kiedyś uderzył? Przeniosłem się w drugą część lasu i wzdłuż strumyka poszedłem w stronę domu. Ostatnio widziałem ślady po zabitej sarnie, teraz mało co widać, wszystko przysypał śnieg.


26.01 Wybrałem się do lasu posiedzieć przy ognisku, przy okazji zjeść jakąś ciepłą dobrą zupkę. Ogień sam się dobrze palił, zupka się gotowała. Z racji mokrego śniegu, odwilży stwierdziłem że pobawię się i spróbuję ulepić bałwana. Udało się bardzo dobrze, bałwan przetrwał cały dzień deszczu, kolejny dzień z dodatnimi temperaturami, podczas skończył pewnego wieczora i posłużył za zgaszenie ogniska.




piątek, 29 stycznia 2016

Żywica czereśni jako guma do żucia

żywica
Każdy wie, że skaleczone drzewo iglaste wytwarza żywicę. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że żywicę możemy spotkać także na drzewach liściastych. Czereśnia ptasia nie jest wyjątkiem, wiśnia, czeremcha, kruszyna także czasem opływa żywicą.
Czereśnie przeważnie spotykamy jako pojedyncze drzewo w lasach liściastych i iglastych, na nizinach i w niższych położeniach górskich. Podczas gdy drzewo zostanie uszkodzone regeneruje się tworząc żywicę, takie zjawisko nosi nazwę gumozy.

żywica czereśni
Żywica jest jadalna. Zimą, kiedy jest sporo śniegu bardzo przyjemnie trafić na taki słodycz, którym można się delektować podczas marszu. Kiedy temperatura jest dodatnia tak jak obecnie, żywica jest gumowej konsystencji, lepi się, ale nie lepi rąk, powoli rozpuszcza się w ustach tworząc bardzo delikatnie słodki posmak. Zebrałem kilka małych kawałków, a resztę pozostawiłem na drzewie, kiedyś pewnie będę tamtędy jeszcze przechodził.



Podobno taka żywica działa leczniczo na drogi oddechowe i kaszel, jednak nie miałem okazji tego sprawdzić na sobie. Można też kawałki żywicy rozpuścić w ciepłej wodzie i pić jako napar.

Warto przyjrzeć się takiej żywicy na drzewie, może uda nam się spotkać owada, który został przypadkiem zalany...

środa, 13 stycznia 2016

Dogasające ognisko

Zdarza się, że podczas wędrowania lasem, szlakiem w górach lub innymi ścieżkami natkniemy się na dogasające ognisko. Ogniska ktoś nie dogasi, gdy jest to bezpieczne, pilarze na zrywce zostawią swobodnie ogień lub w miejscach wyznaczonych do palenia ognia ktoś nie przygasi. Pozostawione swobodnie ognisko do wygaśnięcia nawet zimą może gasnąć nawet dwie doby.



Na pierwsze spojrzenie nie widać, że takie palenisko ma jeszcze dużo ciepła w drobnych węgielkach, przysypanych popiołem, które po podmuchaniu zaczynają się delikatnie tlić.

Odwilż, całą noc i dzień padał deszcz, pomyślałem że rozpalę ognisko bez źródła ognia. Chciałem użyć tylko drewna świerku i buka, bo takie najczęściej spotykamy w górach, trafiło się też kilka gałązek sosny. Rozłupałem bukowy grubszy patyk, wystrugałem kilka suchych wiórków ze środka i położyłem delikatnie przy lekko tlących się węgielkach. Następnie przygotowałem drobniejsze patyki świerkowe różnej grubości.


Następnie przygotowałem drobniejsze patyki świerkowe różnej grubości.









 Po kilku minutach i lekkim rozdmuchaniu pojawił się pierwszy płomyk. Mnóstwo dymu z racji wilgotnego drewna, ale powoli i się rozpali porządne ognisko.




















To bardzo prosty sposób. Innym razem wspomnę jak rozpalić ognisko, kiedy palenisko z ogniskiem całkowicie wygasło.

czwartek, 31 grudnia 2015

Nowy rok 2016

Życzę wszystkim moim czytelnikom oraz miłośnikom gór i lasów dużo spokoju i czasu, który będziecie mogli poświęcić na wędrówkę oraz ognisko.


12-28.11.15 - Główny Szlak Sudecki

W listopadzie przeszedłem Główny Szlak Sudecki.

Główny Szlak Sudecki imienia Mieczysława Orłowicza jest drugim szlakiem w Polsce pod względem swojej długości, która wynosi 444 km. Szlak tak jak Beskidzki jest oznaczony na czerwono. Prowadzi od Prudnika przez Góry Opawskie, Masyw Śnieżnika po czym Góry Bystrzyckie, Stołowe, Sowie aż do Karkonoszy i Gór Izerskich i kończy się w Świeradowie-Zdrój.

Po przebyciu GSB zacząłem szukać informacji o dłuższych szlakach turystycznych w Polsce. Nie miałem zamiaru przejść szlaku tego roku, myślałem bardziej o wiośnie. Postanowiłem dopiero w ostatnich dniach października. Nigdy nie byłem w tych miejscach, dlatego poznam kolejne pasma górskie, czym się charakteryzują i otaczają, zobaczę jak wyglądają tamtejsze szlaki, jakich ludzi spotkam i jakie są schroniska, w których będę zamierzał spać. Daję sobie 18 dni na przejście całości, z racji krótkiego dnia. Mimo, że spodziewam się że może spotkać mnie zima pod koniec listopada nie spakowałem nic specjalnego. Wiem, że będzie łatwo, bo po Bieszczadach mam już wyrobioną porządną kondycję.

Prudnik, początek GSS

11-15.12.15 - Bieszczady z Doczem

Powtórka sprzed dwóch lat, ponownie wybieramy się w grudniu w Bieszczady. Początkowo plan był zupełnie inny mianowicie mieliśmy posiedzieć gdzieś w lesie przy ognisku i wrócić do domu. Doczu miał więcej czasu, zaproponował czy jadę na parę dni w Biesy, bez zastanowienia zgodziłem się.

Piątek, busy dłużej jeżdżą i spóźniają się. Spotykamy się w Sanoku, gdzie od razu ruszamy do Komańczy, jest przed 14.00. Robimy zakupy w sklepie i dreptamy kawałek asfaltem. Dowiaduję się właśnie gdzie zostaję prowadzony - celowo nie wspomnę dokładnie o tym miejscu we wpisie. Zaczyna się las i niesamowite bieszczadzkie błoto, gdzie cały but się zapada i momentami nie da się iść. Powoli się ściemnia, idziemy lasem w lewo i w prawo, w lewo i w prawo i tak dalej.


Przed nami przebiega jakieś stado zwierząt a co jakiś czas widzimy świecące oczy lisów które nas obserwują jak idziemy świecąc czołówkami. Nasza trasa na GPSie Docza wygląda jak wykres bicia serca. Nie ma śniegu, nie ma mrozu, wieje wiatr i jest pochmurno. Zostaje nam kilka kilometrów, jedna im bliżej tym dłużej do celu, ot tak. Przebyliśmy około 15 km dzisiejszego dnia, jesteśmy na miejscu. Czas się rozgościć w obecnym swoim domu. Rozpakować plecak, rozpalić świeczki, przygotować trochę drewna i zjeść coś. Na wysokości 800m ściółka jest zmrożona, może sypnie śnieg. Popijamy magiczną herbatkę z soczkiem i tak mija ten wieczór. Planujemy to zbyt duże słowo - zastanawiamy się co robimy w następnych dniach.

Sobota, budzę się i pierwsze co słyszę - "soohy, zostaniemy tutaj dzisiaj cały dzień, a jutro...". Jestem szczęśliwy z tego powodu, nie da się ukryć. Ostatnio trochę połaziłem, tego mi brakowało, żeby posiedzieć w takim miejscu i odpocząć. Poczuć zapach dymu z kominka, zapach drewna z chaty, czerpać wodę ze strumienia i tak dalej... Jest jasno, jak widać trochę przyprószyło ściółkę, nadal lekko prószy, temperatura w granicach 0 stopni.




Przez las przedziera się lekka mgła, co chwila jednak ustępuje. Pozbieraliśmy drewna a część pocięliśmy na drobne kawałki do piecyka. Obiadokolacja w postaci grzanek czosnkowych i boczku. Zasłoniliśmy też drewno plandeką.







W środku zostawiliśmy trochę gwoździ i świeczek. O 16.00 jest już ciemno. Czas stworzyć klimat i zapalić świece; w środku jest tak ciepło, że przyjemnie jest w krótkim rękawie. Wieczór się dłuży, ale to dobrze - nikomu się nie śpieszy. Po kilku dniach przebywania w takim miejscu podejrzewam, że chodziłbym spać bardzo wcześnie a wstawałbym długo przed świtem. Wpisuję notkę w zeszyt i powoli zalegamy w śpiwory.










 Niedziela, Doczu wstał o wiele wcześniej ode mnie, więc nie zalegam długo, wstaję i pakuję się. Zjadamy śniadanie, sprzątamy po sobie i śmiało możemy ruszać dalej. W lesie spotykamy stado jeleni. Zaczyna mocno sypać śnieg, dużymi płatami. Dreptamy asfaltem, opuszczamy jedną wioskę, idziemy do drugiej, gdzie łapiemy stopa do Cisnej.





Udaje nam się dopiero po przejściu prawie połowy drogi, rzadko jeżdżą tu auta. W Cisnej robimy drobne zakupy i kierujemy się na Kalnicę, tutaj mamy lepsze szczęście bo szybko łapiemy stopa i wysiadamy przy skrzyżowaniu w drogę do schroniska na Jaworcu. Stąd niecała godzinka drogi i docieramy na miejsce o godzinie 13.00 czyli o wiele wcześniej niż zamierzaliśmy. Nie przemęczamy się jak widać, jakoś przemieszczamy się z miejsca do miejsca i odwiedzamy ulubione miejsca.


Witamy się z Pawłem, jest w schronisku. Jak się okazało - wczorajszego dnia panowała tutaj dobra impreza integrująca. Spotykam znajomą ekipę z listopada spod Honu oraz Kubę i Arka. Nie udało nam się zastać Karoliny i Marcina, chwilowo wyjechali. Zjadamy obiad, bo zgłodniałem jak wilk. Zabieramy swoje plecaki do pokoju i schodzimy na dół do sali. Szybko nastaje wieczór, popijając zacną tarninówkę rozmawiamy przy kominku z Arkiem. Zostajemy poczęstowani fuczkami, kolejna potrawa którą "przywiozę" do domu, czyli nowe jedzenie do jadłospisu. W schronisku prócz nas dwóch jako turystów nie ma nikogo. Przyjemnie tak się rozleniwić - nie ma pewnego rodzaju potrzeby przejścia trzydziestu kilometrów po szlaku, tylko spokojne siedzenie w ciepłym domku. Na następny dzień już mamy plan, uderzamy do Bacówki pod Honem, i tak musimy być pojutrze w Cisnej rano.



Integracja
Poniedziałek, znów nam się nie śpieszy. Kuba częstuje mnie naleśnikiem, który był robiony inaczej niż wszystkie inne. Było czuć że inny, bo inaczej smakował. Pakujemy się na spokojnie i wychodzimy ze schroniska. Cicho i pusto. Na szlaku spotykamy świeże tropy niedźwiedzia, całkiem spory był. Po chwili widać też odchody, nażarł się śliwek. Przed skrzyżowaniem Pani w sklepie mówi, abyśmy zobaczyli żeremie przy rzece przy drodze.

Widok z pokoju spod Honu
Tak zrobiliśmy, jednak tak olbrzymich śladów bobrów nie zaobserwowaliśmy. Wokół cisza, przejeżdża co jakiś czas samochód a tak to nic się nie dzieje. Niebo się rozpogadza, widać pierwsze promienie oświetlające zbocza gór. Jak wyjedziemy to się zrobi zupełnie ładnie, tak czasem bywa. Dreptamy asfaltem i próbujemy złapać stopa, zatrzymuje się Pani z Wetliny, która jedzie akurat do Cisnej. Na miejscu robimy zakupy i idziemy prosto do schroniska. Tak jak dwa lata temu, znów w tym samym miejscu... W środku spokojnie. z Doczem na obiad zjadamy fuczki, śmiejąc się porównujemy z tymi na Jaworcu które są lepsze. Czekamy aż przyjdzie Paweł, za ten czas rozpakowujemy plecaki do pokoju. Tak jak zamierzaliśmy, cały wieczór spędzamy na bieszczadzkich rozmowach. Na zewnątrz chwycił delikatny mróz a niebo się ładnie rozgwieździło. Nocą kładziemy się spać, trzeba wcześnie się obudzić na busa.

Wtorek, ruszamy tak żeby zdążyć na busa na 6.35. W Sanoku godzinę czekamy na busa który jedzie do Krakowa. Szczęśliwie przejeżdża przez Brzesko, także wysiadam, żegnam się z Doczem do następnego! O godzinie 12.00 jestem już u siebie.

Dzięki Doczu za wspólny wypad a przede wszystkim za pokazanie nowych miejsc w Bieszczadach. Myślę, że nie raz jeszcze ruszymy na lub poza szlak tu czy tam.

Więcej zdjęć w galerii: https://picasaweb.google.com/104572263095461936350/11151215BieszczadyZDoczem